RSS
czwartek, 04 lutego 2016
Telefonofobia

Nie lubie telefonow i nie rozumiem ludzi ktorzy moga gadac godzinami do sluchawki. Jeszcze calkiem niedawno na sygnal telefonu potrafilam wpasc w panike. Nie cierpie tez, zalatwiac niczego uzywajac wynalazku Bella, jezeli juz do tego dochodzi to moje bebechy zwijaja sie w trabke. Teraz jest troche latwiej, bo na ekranie wyswietla sie kto dzwoni, ale niestety na widok nieznanego numeru zawsze pojawia sie uczucie strachu.

Przez dlugi czas bylam przekonana, ze nabawilam sie swojej telefonofobi za sprawa tesciowej, bo od kiedy w naszym domu pojawil sie telefon, ona potrafila dzwonic kilka razy dzinnie. Nie bylo by nic zlego w tych telefonach, ale ona wydzwaniala a potem cala rodzina i pol okolicy wiedzialo co sie u nas dzieje. Na ten przyklad, jednego razu telefon odebralo moje starsze dziecie, a troskliwa babunia zadala niejadkowi niewinne pytanie: “co mialas dzisiaj dobrego na obiadek?”, a poniewaz nie bylo tego dnia ukochanych ziemniaczkow, to wnuczka odpowiedziala: “nic”. Oczywiscie corce chodzilo o to, ze nic dobrego, ale babunia zrobila z tego afere i dowiedzialam sie, ze jestem wyrodna matka, bo nie gotuje dzieciom obiadow. A kiedy czlowiek nie mogl akurat odebrac upierdliwego telefonu, to nastepnie musial swoje wysluchac, oczywiscie wszyscy inni rowniez sie dowiadywali, ze siediziala w domu a …. I nie wazne bylo, ze moze akurat czlowiek poprostu np. siedzial w kiblu. Sytuacja ta trwala kilka lat, az do czasu kiedy wyprowadzilismy sie z naszego rodzinnego Bielska. Po naszej przeprowadzce tesciowa spasowala, bo jednak rozmowy miedzy miastowe byly drozsze.

Kiedys, gdy miszkalam juz w Londynie, rozmyslalam o tym i nagle doznalam olsnienia, ze to nie tesciowa wywolala moja fobie, ona tylko dolala oliwy do ognia. Nie ona, bo od kiedy pojawil sie telefon w naszym domu, to juz na pierwszy jego dzwonek zesztywnialam i od samego poczatku unikalam jak ognia kontaktu z nim. W naszym domu telefon pojawil sie dosc pozno, a bylo to chyba jakos wtedy gdy corka chodzila do zerowki. Tak wiec przez cwierc wieku najczesciej mialam kontakt z tym urzadzeniem, u mamy w pracy, a tam nie bylam uprawniona do odbierania go, wiec nie wywolywal we mnie zadnych przykrych reakcji. Nigdy tez nie mialam okazji dzwonienia gdziekolwiek, poza jednym, jedynym razem, kiedy mialam 11-scie lat.

Kiedy mialam 11-scie lat moja, wtedy 16-sto letnia siostra, zachorowala na swinke i bardzo ciezko ja przechodzila. Oczywiscie u nas jak zwykle, caly dzien nie bylo rodzicow w domu. Ja gdy wracalam ze szkoly opiekowalam sie siostra, robilam herbatki, podawalam jakies jedzenie i pilnowalam lekow, oraz dotrzymywalam towarzystwa. Jeden z tych dni, a raczej wieczorow byl wyjatkowo trudny. Siostra zaczela sie dziwnie zachowywac, a potem nagle zaczela mnie szarpac, pokazujac zamkniete drzwi pokoju i uporczywie twierdzila, ze tam stoi nasza ciotka, ktora ma wielkie szpony i chce jej zrobic krzywde. W pierwszej chwili myslalam, ze sie zgrywa i chce mnie nastraszyc, ale szybko sie zorientowalam , ze to nie blef, ona byla naprawde przerazona. Nikogo tam nie bylo, ale mi udzielil sie jej strach. Nie wiedzialam co robic. Nie wiem jak wtedy, w mojej 11-sto letniej glowie, to wszystko sie poukladalo, ale patrzac na to z perspektywy lat dzialalam bardzo racjonalnie i rozsadnie.

Wczesniej zanim to wszystko sie zaczelo podalam siostrze leki, wszystkie lacznie z tymi na obnizenie goraczki. Widzac co sie dzieje jakos, a nie bylo to latwe, bo ona sie szarpala i wiercila sie, zmierzylam jej goraczke, nie pamietam jak byla wysoka, ale wystraszylam sie mocno, gdy zobaczylam jak wysoko skoczyl slupek rteci. Przez chwile nie wiedzialam co robic dalej, bo przeciez juz dalam jej srodek przeciw goraczkowy. Nagle mnie olsnilo, zeby zadzwonic na pogotowie, ale troche bylam w kropce, bo bylo juz okolo 21-szej, a uczono mnie, ze nie chodzi sie do ludzi o tej porze. Zaryzykowalam, zostawilam majaczaca siostre sama w domu i pobieglam na trzecie pietro, do jedynej sasiadki o ktorj wiedzialam, ze ma telefon. Otworzyla mi troche zdziwona, ale gdy uslyszala jaka mam sprawe pokazala apparat. Nie znalam numeru na pogotowie i nigdy wczesniej sama go nie wykrecalam, z gula w gardle poprosilam sasiadke o numer. Nawet szybko udalo mi sie dodzwonic. Osobie po drugiej sronie spokojnie i rzeczowo wytlumaczylam, ze moja starsza siostra ma swinke, ze podalam jej wszystkie leki, ale ona ma coraz wyzsza goraczke i majaczy i jest coraz gorzej … W odpowiedzi uslyszlam: “to prosze ja wziac na rece i przywiezc” , kurwa nigdy chyba nie zapomne tych slow. Gdy to uslyszalam malo sie nie rozplakalam i ze lazmi w oczach i gula w gardle, spokojnie powiedzialam: “ale moja siostra ma 16 lat, a ja tylko 11 i nie dam rady jej wziac na rece i przywiezc” … w sluchawce nastapila chwila ciszy, ktora dla mnie trwala wieki, po czym uslyszalam glos mowiacy: “dobrze to prosze czekac, za chwile przyjedziemy”. Odlozylam sluchawke i podziekowalam, niestety stojaca caly czas za mna i slyszaca cala rozmowe sasiadka, poprostu mnie dobila mowiac: “a kto zaplaci za rozmowe”. Lzy cisnely mi sie do oczu, ale nie mialam czasu na placz ani na dyskusje z nia, “ja nie mam pieniedzy przy sobie, moja mama zaplaci “ –odpowiedzialam jej. Pobieglam z powrotem na nasz parter i juz w mieszkaniu szybko odszukalam czysta posciel. Przebralam siostre w czysta koszule, bo tamta lepila sie od potu i szybko zmienilam posciel. Jak upchnelam gdzies w kat ta przepocona, zadzwieczal dzwonek u drzwi. Lekarz zbadal siostre, zapytal jakie leki dostaje i dal jej jakis zastrzyk i poszedl sobie. Po zastrzyku, po chwili siostra sie uspokoila, a chwile potem wrocila mama.

poniedziałek, 01 lutego 2016
I juz chyba zawsze bede sie bac telefonu ...

Jako dziecko przezylam dosc traumatyczna sytuacje, w ktorej gwozdziem do trumny byl wykonany przeze mnie telefon na pogotowie. Od tego czasu kazdy sygnal dzwoniacego telefonu wywoluje u mnie uczucie leku. Malo tego idzie to rowniez w druga strone, bo gdy mam zalatwic jakas sparawe przy uzyciu owego urzadzenia rowniez bebechy zwijaja mi sie w klebek. Telefony komorkowe o tyle ulatwily moja sytuacje, ze widze kto dzwoni i jest mi troche latwiej.

Gdy zamieszkalam na wyspie, dosc szybko zalozylam konto na fejsie, a to po to, zeby moc sobie pisac z corka na czacie, ale szybko okazalo sie, ze to rowniez moze byc niebezpiecznie …

Dostawalam wtedy wiadomosci od brata, niestety niektore podnosily mi niebezpiecznie cisnienie … Balam sie wtedy otwierac SMS-y i wchodzic na fejsa, az do tej ktora informowala mnie o smierci ojca. O ja naiwna, pomyslalam sobie wtedy, ze nareszcie bede mogla spokojnie te SMS-y otwierac, ale nie, nie bo za dobrze by mi bylo.

Po chwilowym spokoju, takim malutkim, malutenieczkim, zaczelo sie znowu. Dostalam Ci ja w spadku brata, wraz z jego problemami ktore mial na wlasne zyczenie. Te SMS-y i wiadomosci na fejsie, juz nie tylko podnosily cisnienie, jakos to przetrwalam a nawet udalo mi sie pomoc bratu, wykonujac pewien telefon. Uff i znowu mialam nadzieje, ale dupa. Potem w kolejce ustawila sie corka, ktora trafila na chorobliwego zazdrosnika i znowu balam sie otwierac fejsa. Uciekla, zamieszkala z powrotem w Przeworsku, a ja odetchnelam i znowu mialam nadzieje, ale … Tu zaczely sie pewne klopoty z wnuczka, dziwne towarzystwo i … A potem choroba mamy i znowu starch przed otwieraniem SMS-ow i zagladaniem na fejsa. Tylko, ze po powrocie z Polski, po pogrzebie moja nadzieja juz byla nieufna …

W miedzy czasie tego wszystkiego, roznie bywalo z moim suynem i za jego sprawa tez balam sie zagladac na fejsa i otwierac SMS-y.

A teraz, rano gdy zasiadam z kawa w fotelu, od razu bebechy zwijaja mi sie w trabke i znowu boje sie otwierac fejsa, ale teraz to serce sie sciska z obawy … I nie wiem co bedzie dalej, nie wiem jak to sie skonczy …

Na cale szczescie syn wychodzi na prosta i bardzo sie z tego ciesze. I juz nie boje sie odebrac telefonu, gdy na ekranie wyswietla sie jego imie. Trzymaj tak synu dalej!

Zeby jeszcze tamto … bo tak trudno i ciezko … i ten strach, ta obawa ...

sobota, 30 stycznia 2016
A w srode: kradziez, wet i paszport ...

Pierwsze:

Rano przyszla sasiadka, z gory, tuz przed moim wyjsciem do weta. Mysle, ze przyszla i poskarzyc sie i uczulic aby nie zostawiac otwatrych okien. Zginal jej iPad corki, ktory lezal na lozku w sypialni. Zostawila tam uchylone okno zeby sie przewietrzylo, bylo zamkniete na blokade. Prawdopodobnie, bo nie jestem calkiem pewna, ale z jej dosc chaotycznej wypowiedzi wynikalo, ze akurat wtedy byla w domu, siedziala na dole i robila cos na komputerze. Wychodzila tez gdzies tego dnia i nie bylo jej w domu okolo 1,5 godziny, ale tu nie jestem pewna czy zostawila to okno w tym czasie uchylone, chociaz to nie jest az tak wazne w tej sprawie.

My jak nikogo nie ma w domu nie zostawiamy uchylonych okien (ktore teraz otwieraja sie na zewnatrz), bo slubny sprawdzil, ze z zewnatrz mozna otworzyc blockade. Powiedzialam o tym sasiadce.

Zreszta nigdy nie mialam zwyczaju zostawiac uchylonych okien pod nieobecnosc domownikow, a to ze wzgledu na koty i bezpieczenstwo.

Mnie nie bylo w domu, wiec nie wiedzialam co sie dzialo, ale ona mowila, ze robotnicy biegali caly dzien po rusztowaniu. A skoro oni biegali halasujac po dechach ciezkimi buciorami, to kobita mogla nawet nie zwrocic uwagi na jakis nietypowy odglos.

Z pokoju zginal tylko ten iPad, pomimo ze gdzies tam z boku wisial zloty lancuszek i lezal jeszcze jakis wartosciowy przedmiot, zabij mnie nie pamietam co to bylo, chociaz sasiadka kika razy to powtarzala. Zwrocilam uwage na ten fakt, ze skoro tamte rzeczy sie ostaly pomimo tego iz byly na wierzchu, to wyglada na to, ze wszedl do pokoju i zlapal tylko to co widzial stojac na rusztowaniu i zagladajac do srodka przez okno. A po fakcie wystarczylo, ze pchnal to okno i blokadka wskoczyla na miejsce, zachaczajac o bolec …

Sasiadka oczywiscie zglosila ten fakt, tam do tego ichniego biura, ale ja mysle, ze nie znajda ani zlodzieja ani iPada. Ona tez tak mysli, ale nie chodzi jej o te 2 stowy, ale klopot, bo przeciez ludzie maja rozne rzeczy na takich urzadzeniach i zaraz kazala corce dzwonic do banku blokowac konta itp.

Powiedziala tez, ze jak mieszka tutaj 20 lat i nie raz cos bylo robione u niej w domu, a wiec krecili sie rozni ludzie, to nigdy wczesniej jej cos takiego nie spotkalo.  

A tak na marginesie,to ciekawa jestem czy jeszcze komus na osiedlu cos nie zginelo ...

I jeszcze jadno, ludzie ktorzy pracuja tutaj, to zbieranina roznych narodowosci. Podobno najwiecej jest Rumunow, to z relacji sasiadki, ale nie ma Polakow, pytala o to manager'a. I tu taka mala dygresja, zrobilo mie troche przykro, ze tak zle mysli o swoich rodakach. Ja ze swojej strony uwazam, ze nie wszyscy Polacy to zlodzieje i pijacy, a czarne owce sa we wszystkich narodach.

A potem, pobieglam z Rufusem do weta:

Wizyte mialam na 9-ta. Wczesniej wyciagnelam kontenerek ze schowka i postawilam go przy drzwiach wejsciowych. Z poczatku nie bylo zadnych reakcji, ale po chwili Miniek postanowil sprawdzic, czy odglosy ktore do niego dotarly, to jest wlasnie to ... Odwazny jest chlopak, nie ma co, podszedl do znienawidzonego ustronstwa i obwachal go z jednego i drugiego boku, a na koniec stanal slupka i zajrzal do srodka, nadal weszac badawczo. Po tej operacji czmychnal na gore. Tam nie bardzo mial sie gdzie schowac, bo zamknelam drzwi do naszej sypialni, wiec wrocil na dol.

Po wyjsciu sasiadki, zlapalam Rufusa i zgrabnymm, wycwiczonym sposobem, glowa w dol zadek w gore, wsunelam gada do srodka, po czym zamknelam drzwiczki. Operacja przebiegla sprawnie, bo Rufus jako nasz etatowy Kubus Puchatek, czyli kotek o bardzo malym rozumku, raczej nie czesto zdazy na czas rozcapierzyc lapki na boki, co znacznie utrudnia przebieg akcji. Z Minkiem zazwyczaj nie jest tak latwo, bo on wije sie jak piskorz i rozcapierza nie lylko te lapy co ma blizej glowy, ale dla lepszego efektu i te co ma z drugiego konca.

A w lecznicy musialam chwile poczekac na naszego weterynarza. Teraz, od jakiegos czasu, przyjmuje nas sympatyczny mlody pan, zawsze usmiecniety i wyraznie majacy serce do zwierzat.

Rufus zostal osluchany, obejrzany, oczy, uszy, zeby i upuszczono mu troche krwi do badania, bo stary, bo steroidy itp.

A z tym badaniem krwi, to troche zamieszania sie zrobilo. Pani rejestratorka podeszla do mnie i powiedziala, ze na to badanie to lepiej zebym przyszla po poludniu, bo teraz cos tam … tu moj angileski niestety zawiodl. Ona jeszcze nie skonczyla mi tego tlumaczyc, gdy nasz wet wyszedl juz przebrany i powiedzial, ze nie ma problemu, bo on zrobi to badanie. Pani popatrzyla na mnie unoszac jednoczesnie brwi i ramiona w gore, po czym usmiechnela sie i odeszla do swoich obowiazkow.

Fifi zostal zaopatrzony w jedne tabletki, a na drugie dostal recepte, te drugie kupie przez internet. Dowiedzial sie tez, ze jeszcze nie nadrobil utraconych 40-stu deko. Koncem sierpnia, zaraz po naszym powrocie z Polski, bylam z nim na szczepieniu i wtedy okazalo sie, ze schudl o cale 40 deko. On zawsze tak ma, jak pancia i panco razem gdzies znikaja. Myslalam, ze jak zwykle szybko to nadrobi, ale przeciez on od wrzesnia ma stresa, w zwiazku z rusztowaniem na naszym budynku i tym calym armagedonem i dopiero teraz wyszlo jak duzy nagatywny wplyw ma to na niego.

Zostal tez pochwalony przez pania z recepcji, ktora asystowala przy pobieraniu krwi, ze jest: “good boy, very good boy”.

A w domu, gdy juz wrocilam, Minio nie wytrzymal napiecia, widzac kontenerek drugi raz tego samego dnia i szorujac brzuchem po podlodze czmychnal za kanape. Rufus po odzyskaniu wolnosci, nie chcac byc gorszym, dolaczyl do niego.

A potem, po jakichs dwoch godzinach, mialam telefon z lecznicy, ze Rufus: is OK”, co oznaczalo, ze cukier w normie. To: “is OK” to byl szyfr ustalony dla mnie (ciagle jeszcz mam problem z gadaniem przez telefon), zebym nie musiala przychodzic drugi raz do lecznicy.

A w domu, juz potem gdy zwierz ochlonal i sie uspokoil, zazadal jedzenia, po krotkim czasie znowu upomnial sie o kolejna porcje, a potem jeszcze raz … i teraz tak ciagle od srody. Wczoraj wieczorem, jak wrocilam od syna, to od razu zostalam napadnieta, ze micha pusta, a biedny kotek by jakies male co nie co, na ruszt wrzucil. Pozarl ze swojej miski i to z drugiej, czym o dziwo pogardzil zawsze glodny Miniek i pobiegl do pancia.  Slubny gdyt uslyszal, ze futrzak do niego jojczy, zirytowal sie: “no znowu, no daj mi juz spokoj, przciez co chwile ci daje jesc”. Rozesmialam sie i uwiadomilam go, ze w tej chwili to on chce na kolanka, bo glodny na pewno nie jest bo dopiero co zjadl. Widac chlopak bardzo mocno przejal sie, tym co uslyszal od weta.

A pozniej,

Mialam sie umowic oline, na wizyte w konsulacie, w celu zalatwienia nowego paszportu.

Jeszcze we wtorek wieczorem, zapytalam slubnego jak sie do tego zabrac, bo on robil to dwa lata temu. Odszukalam stosowna strone i chcialam to zrobic od razu, ale w pierwszej probie dowiedzialam sie, ze nie ma miejsc wczesniej jak gdzies dopiero na poczatku marca tylko, ze dalej strona odmawiala wspolpracy. Maz slyszac moje wsciekle obelgi, stwierdzil: “daj to, pewnie znowu cos zle robisz”, nosz i tym on mnie wkurzyl jeszcze bardziej, ale po kilku probach sam sie wsciekl i powiedzial: “ta ich zjebana strona chyba nie dziala teraz, sproboj jeszcze raz rano, ciekwae po co maja internet jak po godzinach pracy srona nie dziala”

Juz z upragniona kawa, usiadlam i ponownie wlaczylam strone rodzimego konsulatu. Wszystko dzialalo jak nalezy. Tak wiec krok po kroku, wypelnialam kolejne rubryczki. Kiedy doszlam do momentu w ktorym nalezalo podac powod wnioskowania o nowy document, pomyslalam sobie, ze chyba w uzasadnieniu nalezalo by wpisac date utraty waznosci owego. Ha, tego to az tak dokladnie nie pamietalam, ja tylko zakodowalam sobie w pamieci, ze zarowno moj dowod osobisty jak i passport wychodza z daty na poczatku stycznia tego roku. Pobieglam szybko na gore, wyciagnelam moj paszport z szafy i gdy juz z powrotem zasiadlam w fotelu to wlozylam okulary na nos. Popatrzylam raz, a potem jeszcze raz, po czym sprawdzilam czy aby napewno dobrze widze,  ale tam jak byk na lace stalo, ze moj passport jest jeszcze wazny dwa lata z hakiem. Pod tym wszystkim co juz wypelnilam, nacisnelam okienko z napisem ANULUJ.

Slyszalam  ci ja nie raz i nie dwa, jak ludziska budza sie w ostatniej chwili, a potem becza, ze tak dlugo musza czekac na nowy document. I ja myslalam, ba bylam swiecie przekonana, ze wcale nie jestem madrzejsza od tych co czekaja do ostatniej chwili, a tu calkiem przypadkiem wyszlo na to, ze jestem chyba jakas nadgorliwa. Oj zawile sa zawirowania ludzkiej pamieci, nie mam pojecia skad mi sie to wzielo, ze oba dokumenty wyrabialam w tym samym czasie. Dowod to dokladnie pamietam kiedy, bo bylo to jak mama zalatwiala sprawe wykupu swojego mieszkania, od razu na moja wlsanosc. Notariusz u ktorego zalatwiala ta sprawe, powiedzial jej, ze gdy bede tam zameldowana to odpadna pewne koszty. A skoro zmienilo sie zameldowanie, to nalezalo wymienic i dowod. Tylko dlaczego w mojej pamieci wymiana dowodu polaczyla sie w jedno z wymiana paszportu, to juz nie mam zielonego pojecia. A wychodzi na to, ze paszport wyrabialam tuz przed wyjazdem do Londynu.

Teraz to se chyba zapisze kiedy co i jak, zeby znowu czegos nie pokrecic.

środa, 20 stycznia 2016
Kiedy nie ma pradu, zwawsze mozna poodkurzac

Nie jestem pewna, ale moze nareszcie w najbizszej przyszlosci, zostaniemy uwolnieni od rusztowania za oknem. Dzisiaj robili cos z pradem. Wczesniej dostalismy lista, zeby dzisiaj od 8:00 do !7:00 ktos byl w domu. Siedzialm ja sobie spokojnie rozkoszujac sie kawa i przegladajac fejsa a tu nagle - PYK i swiatelka zgasly, a na dolnym pasku lapka pokazalo, ze netu tyz niet. Lyknelam se kawy i przyszla refleksja, ze piecyk tyz nie bedzie grzal mi dupki, bo jak pradu niet to iskry tyz niet. I co tu robic kiedy,netu niet, swiatla tyz, a odkurzanie ktore se nieopatrznie zaplanowalam na dzisiaj trzeba przelozyc na jutro …

Zamknelem lapka, bo on bez pradu to najwyzej 15 min, bo bateria jest praktycznie zarznieta i pomaszerowalam na gore po ksiazke i okulary. Tym sposobem skonczylam czytac “Rose Madder” Kinga, a potem zabralam sie za “Swiadka” Roberta Rienta. Swiadek to kawalek ciezkiego kalibru lektury, z racji tematu i stylu, ktory po przeczytaniu 50 stron z lekka zlasowal mi mozg.

OK, pomyslama sobie, zrobie pozadek w szufladach, do tego prad nie jest potrzebny. Planowalam to od powrotu z Polski, po pogrzebie mamy i nie manie produ pomoglo mi zabrac sie do tematu. Na razie to poczatek tej syzyfowej pracy, czyli zrobienie remamentu w paierach, dokumentac itp … Zajmie mi to troche czasu, niestety jak sie narobilo zaleglosci to sie teraz bedzie miec za swoje, ale zarzynac sie nie zamierzam tylko, malymi kroczkami powoli do celu, jak skoncze to sie pochwale.

Troche sie obawialam tego, ze moga sie kokosic z ta robota a ja bede marznac. Na szczescie u nas skonczyli szybko. Pierwsze przyszli kilka minut po osmej i cos tam grzebali w przylaczeniach, to znaczy jeden grzebal a dwoch bylo na zewnatrz i ciagle mi drzwi otwierali, zeby potem bez slowa je zamknac z drugiej strony. Potem drugi raz, przyszedl gosciu, jakos tak przed pierwsza i znowu cos tam grzebal, ale teraz caly czas mial otwarte drzwi, wialo mi i zadek mrozilo. Jak zadzwonil postanowilam sobie zrobic herbate i w trakcie jak on tam grzebal przy tech kablach, ja czekalam az mi sie woda na gazie zagotuje, wiec wialo mi bezposrednio w moj tyl, ale nie ma tego zlego co by na dobre nie wyszlo, bo facet po kiku minutac odwrocil sie, powiedzial FINIS i wyszed zatrzaskujac za soba drzwi. Super, ucieszylam sie niesamowicie, za to juz koniec. Sprawdzilam czy piecyk sie wlaczyl, cieszac sie, ze za chwile bede miec cieplej. Po czym z herbata, pobieglam na gore skonczyc walke z szufladami. A odkurzanie jednak zostawilam sobie na jutro.

A o co codzi z tym odkurzaniem bez pradu? Ha, to jest bardzo proste, a bylo to tak:

Bylo to kiedy mieszkalismy w Przeworsku i tez cos tam mieli z pradem robic. Z porozwieszanych ogloszen bylo wiadomo w ktory dzien i w jakich godzinach pradu nie bedzie. Siedzialam sobie ogladajac cos w telewizorni i sztrykujac na drutach, a tu nagle - PYK i obraz znik … "Oooo to juz ta godzina", pomyslalam. Odlozylam robotke i zastanowilam sie, co ja tez teraz bede robic … "A poodkurzam sobie!" Wyciagnelam odkurzacz, wlaczylam do kontaktu i nacisnelam przycisk i tu nastapila niespodzianka … odkurzacz nadal byl cichy. "Co kurna jes", pomyslalam i nagle mnie olsnilo, "debilko przeciez pradu nie ma". I od tamtego czasu juz wiem, ze jak pradu nie ma to, zawsze moge se poodkurzac ;-)

piątek, 15 stycznia 2016
Sen o sprzedanym mieszkaniu ...

Podczas tej koszmarnej nocy, gdzies tam … no chyba jak zasnelam po wypiciu imbiru, mialam sen:

Bylam gdzies, razem z A. w jakims nie znanym mi miescie, chyba na jakiejs wycieczce. Gdzies chodzilismy, ale raczej trudno bylo by to nazwac zwiedzaniem, bo wszedzie panowal tak niesamowity tlok, ze glownie przepychalismy sie miedzy ludzmi i tylko nad ich glowami widzialam jakies dachy budynkow czy inne wieze. Potem znalezlismy sie gdzies chyba w jakims centrum handlowym, jeszcze bardziej zatloczonym i tam gdzies w tym niesamowitym tlumie zobaczylam moja mame, ale nie od razu sobie ten fakt uswiadomilam dopiero pozniej to do mnie dotarlo. Z tamtad poszlismy do hotelu w ktorym mielismy zarezerwowany pokoj. Gdy tam wchodzilismy, to tak jakos przed nami, zobaczylismy przesuwajaca sie w powietrzu tabliczke z napisem mowiacy nam o tym ze, zaplacimy za noc £200, co moj slubny skwitowal: “to dobra cena” (w rzeczywistosci nigdy by tyle za noc w hotelu nie zaplacil). Pokoj, a raczej apartament byl duzy i byl tam juz Sebastian z Aurora i ktos jeszcze, byli w dobrych humorach i pili drinki. Ja po chwili powiedzialam im, ze widzialam swoja mame i musze po nia pojsc, bo nie chce zeby sie tam zgubila i wyszlam. Po wyjsciu z pokoju, od razu znalazlam sie w tym miejscu gdzie widzialam mame i bez zadnego problem ja odnalazlam w tym ludzkim mrowiu. Maialm swiadomosc tego, ze ona nie zyje a jednoczesnie wiedzialam, ze jednak jest zywa. Wygladala tak jak przed choroba, a nawet jakby mlodziej, ale widac bylo, ze jest zdezorientowana i zagubiona. Podeszlam do niej i powiedzialam, ze przyszlam po nia zeby ja z tad zabrac. Popatrzyla na mnie z tym wyrazem zagubienia i smutku na twarzy i powiedziala: “oj jak dobrze” i ruszylysmy w droge powrotna do hotelu. Mama powiedziala mi ot tak, jakby mowila, ze ladna pogoda, bez zadnych emocji, ze sprzedala mieszkanie i kupila sobie cos mniejszego i teraz tutaj bedzie mieszkac. Zrobilo mi sie strasznie przykro, pomyslalam sobie: “no coz sprzedala moje mieszkanie, to juz nawet tego nie bede miec …(mieszkanie mama wykupila jakis czas temu, od razu na moje nazwisko, ale za zycia praktycznie wszystko dawala mojej siostrze) , ale nic jej na to nie odpowiedzialam. Do hotelu trafilysmy prawie bez problem, bo troche sie zakrecilam i przy windach zorientowalam sie, ze te akurat jada nie tam gdzie ja chce, a potem weszlysmy innym wejsciem i dotarlysmy na miejsce.

A wczoraj gdy pisalam o tym corce na fejsie, ona mi odpisala:

“mi się tez raz snila, ze dzwoniła do mnie i się nie mogliśmy dogadać”

środa, 13 stycznia 2016
Nocny gosc - moja zmora

Nagle ze snu wyrwala mnie dziwna swiadomosc, ze to juz … ale dlaczemu juz, jakos tak dziwnie nie tak bylo, nie tak jak rankiem, jakos tak nie bardzo ... Unioslam sie na lokciu, drugie ramie przezucajac przez chrapiace cielsko slubnego, nacisnelam przycisk ozywiajacy ekran mojego telefonu, no i to jadnak nie ranek byl a ciemna i glucha noc, a dokladnie 00:38, glupia godzina, co nie. Musialam sie krecic wczesniej, bo zanim moja siwadomosc sie zbudzila uslyszlam cichutkie Minkowe pisniecie. Lyknelam troche wody z butelki i padlam z powrotem na swoja poduszke, a nawet co dziwne od razu zasnelem. Zasnelam chyba tylko po to aby po jakichs trzech godzinach zostac brutalnie wyrwana z objec morfeusza. A wyrwal mnie ze snu brutalny kafar walacy w moja glowe, obwieszczajac mi jakze “mile” odwiedziny. No zesz cholera jasna, zmora jedna nie miala kiedy przylezc jak w srodku nocy. Kafar napierdalajacy na moj leb i to nie zeby gdzies tam kulturalnie, w jednym wybranym miejscu, ale tym razem z grubej rury po calosci, odbieral zdolnosc jasnego myslenia i widzenia zamazujac obraz mroczkami, odbieral tez skutecznie poczucie rownowagi. Wywleklam moje zwloki z wyra i blogoslawilam w myslach fakt, ze tam na dole w kuchni, w kubeczku stoi sobie zaparzony imbir … Minio oczywiscie wyskoczyl radosnie z pokoju, jak ten korek z szampana i zbiegl na dol. Pierwsze zatoczylam sie do kibelka, a potem zakosami pokonalam schody, gdy znalazlam sie na dole wypuscilam oba koty na zewnatrz. Po dolaniu goracej wody i dodaniu soku z polowki cytryny do mojego imbiru wypilam go z nadzieja, ze uda mi sie zasnac a mikstura zacznie dzialac i pokona kafar walacy niemilosiernie w mojej glowie. Potem udalam sie z powrotem do lozka. Zanim ulozylam moja zbolala glowe na poduszce, uchylilam okno. A potem czulam jak kafar wali od srodka i od zewnatrz … robilo mi sie goraco i slabo i … I na szczescie nawet nie wiem kiedy zasnelam.

Nagle pojawil sie jakis dziwny dzwiek … O kurde, cholera, co to sie dzieje?” zapytala sie moja wyrwana nagle ze snu swiadomosc, “aaa, dobra juz wiem, to tylko moj budzik”, odpowiedzialam jej.  

Lezac jeszcze chwile, ogarnelam rzeczywistosc poranka i wypadlo tak ze: Anka juz wstala i kreci sie po pokoju (Anka nasza nowa wspollokatorka), a ja zyje i moj leb jest na swoim miejscu, chociaz napier … ale nie az tak jak noca ciemna, czyli ze imbir dziala i bede zyc, ale lezenie a nie daj bosze drzemanie nie bedzie dla mnie dobre. Wylazlam z wyra, ubralam sie i zwloklam do kuchni. Wpuscilam chlopakow do domu, dalam im pierwsze sniadanko i zajelam sie soba. Zrobilam sobie ciepla wode z sokiem z cytryny i stralam troche imbiru w celu zaparzenia.

A potem zabki, kawa i padlam na fotel z laptopem, a w fotelu czekanie … czekanie az nocny gosc sie znudzi i sobie pojdzie precz … Powoli, powoli glowa stawala sie lzejsza, a mysli jasniejsze, a morczki odeszly sobie nawet nie wiem kiedy.. O 10-tej podnioslam dupsko z fotela i zrobilam sobie sniadanie.

Wygralam kolejna walke z moja zmora i przepedzilam nocnego nieproszonego goscia.

piątek, 08 stycznia 2016
Pozegnania, pustka i wlasne lozko ...

Ten post zaczelam pisac w sobote, zaraz po wyjezdzie gosci, ale jakos mi sie nie zlozylo aby go skonczyc i wstawic …

Pojechali wczoraj (czyli w sobote 2-go) 

Wstalismy o nieludzkiej porze, bo o 4-tej w nocy, nie rano a w nocy, bo 4-ta o tej porze roku to ciemna noc jest. Wsiedlismy w samochod i odwiezlismy naszych gosci na Victorie, na autobus. Niestety musieli jechac na lotnisko tym srodkiem lokomocji, bo auto jeszcze nie sprawne i moglo by sie rozkraczyc na trasie, a do Victori jedzie sie tylko jakies 10 min. 

Do autobusu wsiedli, co widzielismy wlasnoocznie. Chociaz byl pewien zgrzyt, bo z racji opoznienia, tego na ktory mieli wykupione bilety, pojecali dopiero nastepnym. Potem byl SMS od corki, ze siedza juz w samolocie. A wieczorem pisalam chwile z wnuczka na fejsie.

Swieta skonczyly sie definitywnie i wrocila proza zycia …

A my po odwiezieniu dzieci na Victorie, wrocilismy do pustego domu. Slubny po chwili stwierdzil, ze jeszcze na chwile sie polozy, a ja zrobilam sobie kawe, przy ktorej naszla mnie taka oto refleksja:

Pojechali, pojechali i nagle zrobilo sie tak pusto i cicho … Ustal ten caly goscinny gwar, ruch i krzatanina i nawet koty poruszaly sie jakos tak inaczej niz w ten swiateczno – gosciowy czas i inaczej niz normalnie. Nie slychac juz zadnych przyciszonyc rozmow, to on i ona, czyli ziec i corka … Ani zadnych burkniec pod nosowych, pod adresem irytujacych doroslych, zadnych wybuchow smiechu, czy okrzykow z pokoju na gorze, oraz glosnej muzyki spowodowanej zapomnieniem wlozenia sluchawek, czyli odglosow naszej wnuczki … Ze stolu zniknely kubki po herbcie i inne talerzyki czasem tam pozostawiane … Zostala posciel z ktora trzeba zrobic pozadek i przygotowac na nastepny raz, moze dla innych gosci …

Zawsze kiedy corka wyjezdza po sietach, o ile spedza je tutaj z nami, pozostawia po sobie taka pustke i cisze … I tak troce przykro, ze to juz … ? Juz minal nasz wspolny czas, skonczyl sie … On zawsze konczy sie tak jakos nagle i zawsze tak troche zaskakuje, dziwne to, bo przeciez wiemy z gory ile tego czasu bedzie.

A z kolei, gdy ja wracam do tutaj, z Polski, to mam takie mieszane uczucia, bo z jednej strony mi zal, ze juz musze wracac, zegnac sie z corka, przyjaciolka … a szczegolnie gdy z ta druga to zostaje taki niedosyt, bo ona niekomputerowa jest i mamy tylko SMS-y, a z corka to codziennie na fejsie cos … A z drugiej strony ciesze sie, ze nareszcie bede spac we wlasnym lozku, ze wyczochram futra moich chlopakow … I zobacze zadowolona mine slubnego, bo nareszcie wrocila to od zmywania …  oj, ja wiem, ze on tego nie lubi.

I tak jest zawsze, takie rozdarcie, taki niedosyt, ale juz po cwili wszystko wraca do normy i wraca proza zycia, rutyna …

Potem napisalam SMS-a do przyjaciolki: "Pojechali jak wracam z PL to ciesze sie ze jestem juz u siebie pomomo ze tam bylo fajnie a gdy goscie wyjezdzaja to pozostaje taka pustka”dostalam tka odpowiedz: "I taka sama pustka pozostaje jak ty nas opuszczasz ale ja z drugiej strony jak wracam od pilnowania wnukow to sie ciesze ze mieszkam osobno choc sa kochane I juz mi mowia kocham cie babciu jestes daleko wiec to tez inaczej 1jest prawda zadki gosc to przyjemnosc”

Ot taka moja refleksja emigranta. Mieszkam daleko od corki, brata i rzyjacolki, jest tam jeszcze siostra ale to inna bajka … Mamy i taty juz tam nie ma. I teraz jest to troche za daleko zeby poprostu wsiasc w pociag, czy inny autobus i dajmy na to po 6-ciu godzinach znalezc sie w Przeworsku czy Bielsku, bo tyle czasu zabierala mi podroz w te miejsca z Warszawy. Teraz, na ta chwile nie wiem kiedy ja pojade tam, albo kiedy oni przyjada tu ...

czwartek, 07 stycznia 2016
Wczoraj ...

Wczoraj, ciemnym rankiem w kuchni, zastalam taki oto widok ;-) Trza se bylo dupke po spacerku zagrzac, bo tam na zewnatrz mrozy trzaskajace ... W koncu zima jest, a zima jest zimno, a przynajmniej powinno byc, co nie ... No, nasluchal sie zwierz, ze tam w dalekiej Polsce teraz mroz jest, a on dobrze wie jak taki mroz wyglada, bo w koncu sie tam urodzil i nawet troche mieszkal.

A to sa moje swiatelka, rozswietlajace zimowe ciemnosci, o dzialaniu rozwesalejaco - antydepresyjnym. Zapalam je sobie ciemnym rankiem, od razu gdy schodze na dol aby futra na zewnatrz wypuscic, a potem po poludniu gdy zaczyna sie sciemniac, a czasem jak jest tak jak dzisiaj szaro buro i ponuro, a ja akurat siedze w domu to rozjasniaja ciemnosci caly dzien. Owe swiatelka spelniaja podwojana role: po pierwsze rozjasniaja i rozweselaja zimowe ciemnisci, wplywajac dobrze na moj nastroj, a po drugie ciesza tym, ze sama je sobie zrobilam i nikt nie ma takic, sa jednyne w swoim rodzaju.

Jakos godzine pozniej, albo troce wiecej ... dupka nadal sie grzala.

A za oknem zaczelo sie robic niebiesko, powoli budzil sie dzien.

Corka bierze, no dobra kupuje sobie, prawdziwe takie od krowy, mleko i bialy ser. Mieszka tam gdzie mieszka i ma takie mozliwosci, wiec calkiem slusznie z nic korzysta. Wlasnie kawalek takiego sera mi przywiozla, gdy przyjechali na swieta. Ser ten wyladowal w garnku do zgliwienia i codziennie byl przez moja Madzie dokladnie mieszany, az do piatku, bo w sobote juz pojechali spowrotem do swojego domu. A w ten wtorek, wyladowal na patelni i powstalo z niego COS czego juz cale wieki nie jadlam, zgliwialy serek z kminkiem PYCHOTA.

Na sniadanko zrobilam sobie kanpki z serkiem, oczywiscie z chleba wlasnego wypieku.

A wieczorem dupka znowu sie wygrzewala. To jest tylko jego miejscowka, Rufus tam nie wskakuje, nigdy go tam nie widzialam, na lodowce zreszta tez nie.

piątek, 18 grudnia 2015
Jada goscie, jada ... a tu wszystko w rozsypce ...

Dzisiaj beda, przybeda pozno, ba w nocy, bo przyleca jakos kolo 23-ciej, nie pamietam dokladnie.

Maz po nich nie wyjedzie, bo auto odmowilo wspolpracy, niestety proza zycia, kopci strasznie i moc stracilo. Przywiezie ich nam, nasz znajomy – Bartek.

I tu mala dygresja, tak malo brakowalo aby ta znajomosc sie skonczyla, raz na zawsze. A to za sprawa mojej siostry, ktora nigdy nawet nie poznala osobiscie Bartka, ale on poszedl jej na reke i ona to wykorzystala. Zachowala sie bardzo nie fer, nawet nie powiedziala dziekuje, a o przepraszam nawet nie warto wspominac. Bylo nam bardzo przykro, bo mowi sie, ze przyjaciol poznaje sie w biedzie i Bartek nie raz pomogl mojemu mezowi w naprawde trydnych chwilac i vice versa. Przez jakis czas sie nie odzywal i nawet nie bardzo chcial przez telefon gadac, a potem nagle wszystko wrocilo do normy, z czego moj A. i ja bardzo sie cieszymy. A tak na marginesie, to Bartek na lotnisko Stansted ma okolo pol godziny, ale potem z lotniska do nas to bedzie jecal trz razy dluzej i jeszcze godzina na powrot do siebie, komu by sie chcialo po nocy tarabanic tyle czasu, aby nie swoja rodzine na miejsce dostarczyc ... Nie wiem jak moj A. bedzie sie liczyl za to z Bartkiem, ale oni czesto rozliczaja sie miedzy soba, cos za cos. Koniec dygresji.

A tak poza autem, to pozadek w chalupie w rozsypce. Jeszcze nie do konca posprzatane po kladzeniu nowej podlogi i po zbudowaniu szafy na mezowskie graty (czytaj narzedzia). Lodowka pusta, ale to akurat najmniejszy problem, bo sklepow Ci u nas w kolo cale mnostwo. Chleb rano upieklam, a nawet dwa, bo corka z wnuczka naleza do chlebozercow, a po sniadaniu mozna zlapac siatki w rece i wyskoczyc w celu nabycia artykolow spozywczych, nawet na piecote.

Nie powiem troche mnie ten niepozadek w chalupie martwil, ale przeciez do swiat jest jeszcze pare dni, to sie to ogarnie i bedzie dobrze, bajzel to w koncu nie koniec swiata, sa gorsze rzeczy. Najwazniejsze ze chleb juz upieczony i barszcz nastawiony do kiszenia, pomimo tego ze sie buntowal, jednak pod grozba wywalenia na smietnik, jednak zaczal sie zacowywac jak nalezy. Powiedzialam mu, prawei tak jak moj ojciec mawial swoim kwiatkom kiedy rosnac przestawaly: “jak sie nie ruszysz to Cie na smietnik wywale”, ja ubralam ta grozbe w bardziej ogledne slowa, bo moj ojciec swoje rosliny traktowal z grubej rury: “jak nie zaczniesz rosnac to Cie na smietnik wypierdole”, o dziwo zawsze skutkowalo i jak widac moj barszcz tez wziol moja grozbe na powaznie. A i bigos tez juz prawie gotowy, tylko wychodzi na to, ze ma jakos tak troche za malo miesa w sobie, wiec dzisiaj w drodze z domu (nie mojego tylko tego ktory sprzatam) do biura zachacze o polski sklep i jakas kielbache zakupie, a jutro doloze i bedzie OK.

A jak wroce po robocie do domu, to jeszcze wyszoruje wanne, potem do niej wskocze i taka pacnhnaca bede czekac na gosci. Strasznie tez jestem ciekawa, jak sie u nas spodoba Wackowi – mezowi naszej corki.

środa, 16 grudnia 2015
Kocismedek z fejsa ...

 Kociosmędek

14 grudnia o 08:28 · 

Wszystkie koty się szwendają.

Czasem nawet się gubią.
Zawsze jednak można przywrzeszczeć je z powrotem.
18 lat trwa tyle co nic.
Jednego dnia ktoś przywleka ci do domu puchatą kulkę ...
Od ostu różni się tylko kolorem.
Puszysto drapiące małe coś.
Coś co skacze ci po meblach...
Coś co z uporem maniaka plewi twoje kwiatki...
Coś co zamienia twoje stylowe meble z ikei we włochate paskudztwo z dredami...
Coś co robi z tapet konfetti...
Coś co z tą samą miną niewiniątka potrafi słodko zamruczeć by zaraz potem mrużąc swoje ślepka odgryźć głowę cukrowemu barankowi w koszyczku... a na koniec wtarabanić tam swój wielki włochaty zad...
Coś co świśnie ci kotleta z taką wprawą, że jeszcze się z tego będziesz śmiał...
Coś co na koniec złamie ci serce...
Patrzysz jak rośnie.
Jak wyskakuje nagle z ciemności pod łóżkiem łapiąc cię miękkimi łapkami za nogę. Aż czujesz, że zwyczajnie popusciłeś ze strachu...
Jak stroi durne miny do ciemnego pokoju w dzień zaduszny... sprawiając, iż staja ci dęba włosy w miejscach gdzie nawet nie podejrzewałeś , że je masz...
Patrzysz jak demoluje twoje życie i wprowadza własny ład... w którym miejsce wazonu jest na podłodze a kota na serwetce...
Wybaczasz wszystko.
Skakanie po brzuchu o 3 nad ranem...
Koncerty o 4...
Zasikane kapcie...
Mycie łap w twoim talerzu...
Picie z twojego kubeczka...
Wszystko.
I nic.
Bo kiedy kochasz to nie ma czego wybaczać.
...
Puszek nie był jakimś słodko pierdzącym koteckiem.
Potrafił dać w kość.
Drapał ściany- ale tylko tam gdzie widać. To trzeba Mu przyznać- mógł drapać całe prawda? Ale drapał tylko troszkę. Dzięki Niemu mieliśmy mnóstwo remontów i zawsze modny kolor na ścianach.
Niesamowicie wręcz nienawidził zieleni. Czego to ja nie wymyślałam żeby zniechęcić Go od kopania w doniczkach... Na darmo. Tiaaa... Teraz mamy sztuczne kwiatki- no wiecie, w skamieniałym gipsie nie pokopiesz... a i kwiatka trudniej zjeść... A ile wody mniej na podlewanie idzie. Ba! Centuś zniego był i tyle. 
I te legowiska wymoszczone w gęstych skrzynkowych zaroślach petuniowych...
Lał po kątach. Ale tylko wtedy jak łapał focha. Czyli... Często. Nie zapomnę jak dotąd sikał Papciowi do butów póki ten nie wpuscił Go do sypialni ... A jeśli Papcio butów nie zostawił... cóż... wtedy potop był pod drzwiami.
Kapci zresztą też nie omijał- a moich w szczególności. Szczeególnie lubił takie futrzane góralskie. To Puszek nauczył mnie chodzić w japonkach. Zdrowiej jest. A i domyć łatwiej...
Miał może z 8 miesięcy jak nasikał Mamci do szpilek... Ale był ubaw wtedy. Wiecie- siedział w tej szpilce i bujał się na obcasie raz w jedną raz w drugą stronę próbując zachować równowagę podczas sikania. Razem z bratem pokładaliśmy się ze śmiechu na ten widok. Oczywiscie nie przeszkadzając Puszkowi. No co? Wstrzymywanie moczu ponoć niezdrowe dla pęcherza jest. A mina Mamci kiedy wsadziła tam nogę i się przelało górą... Normalnie bezcenna.
Puszek obsesyjnie tarmosił dywany oraz wszelkie meble. Kotek demolka- to mało powiedziane. Jedną kanapę rozebrał dosłownie na czynniki pierwsze. Zresztą ku uciesze Mamci i zgrozie Papcia, który musiał kupować nową.
A te kłaki...
Puszek miał cudowne futerko.
Półdługie, podobne do króliczego.
Z góry srebrne prążkowane a pod spodem... białe.
Zawsze się śmiałam, że jest z Tajwanu i pomalowali go tylko z góry żeby taniej było.
Kłaki Puszka były wszędzie.
Początkowo z tym walczyliśmy ale z czasem nam to zobojętniało.
Bo jakiż sens ma usuwanie 1 kłaka jak na jego miejsce pojawia się 10 nowych?
Puszek nienawidził czesania. 
Ojjj oberwało mi sie od Niego parę razy za czesanie...
Jak był młodszy to chował zadek za kibelkiem i łapką wytrącał mi szczotkę z ręki.
Kiedy wydoroślał zwyczajnie mówił- nie, potem gryzł mnie w dupsko i gonił do pokoju.
Czasem - ale to bardzo rzadko- udawało mi się Go zdybać kiedy spał. Zaczynałam czesanie. Początkowo mruczał. A potem nagle otwierał oczy, spogladał na mnie wzrokiem gwałconego i zaczynał się drzeć. Nie raz i nie dwa pytano mnie potem dlaczego maltretuję tego kota...
Zawsze wolał wygubić kłaki na świeżo odkłaczonym dywanie- twierdził, że to zdrowsze dla skóry jest. Nie wiem, nie próbowałam. Ale może miał rację? W końcu nie wyłysiał- a ja i owszem.
Uwielbiał karuzele wszelkiego rodzaju. Najbardziej lubił kiedy kreciło się Go na krześle. Czasem aż do porzygania. Haftował wtedy na wszystkie strony jak ja na karuzeli łańcuchowej po frytkach z ketchupem. Nie wiem... chyba traktował to jak pomoc w pozbyciu się kłaczka.
Zresztą kłaczki zostawiał w naprawdę ciekawych miejscach. Czasem nawet na stole. Nie miał obiekcji do narzygania na serwetkę. A i czasem kiedy nocami siedział na parapecie i patrzył w gwiazdy lub wył do księżyca zdarzało mu sie puścić pawia wprost na moją głowę.
Lubił gwiazdy. Razem wpatrywaliśmy się w nocne niebo. Liczyliśmy spadające gwiazdy i szeptaliśmy sobie nasze życzenia.
Znał wszystkie moje sekrety. Te paskudne też. I przyjmował mnie taką jaka jestem. Nie osądzał... Czasem tylko po swojemu komentował. Tak jak wtedy kiedy wszedł do łazienki akurat kiedy stałam goła. Spojrzał. Zrobił głupią minę. Zmrużył ślepka i wyszedł. Zza drzwi dobiegły mnie odgłosy jego torsji. Ale w oczy mi nie powiedział żem paskuda...
Miał słabość do kiecek. I to nie ważne kto je nosił. Kiedy był malutki wlazł na koledzie księdzu pod sutannę. Ja zanurkowałam za nim. Ale zdążył się już wczepić w księciowe majciochy pazurkami. Ja ciągnęłam Puszka. Puszek księciowe majtasy. Ministranci dławili się ze śmiechu. I tylko księciu pozostał poważny i sztywny jakby kija połknął. Ba! obraził się nawet!
Puszek uwielbiał tarmoszenie za ogon. Od kociaka lubił kiedy mu się tą kitę ciamkało i ściskało.
Tylko On wie jak wyglądam od srodka ze strony jamy gębowej. Kiedy był malutkim kociątkiem a ja głupią smarkulą pokazywałam Mu jak wyglada ciemność... Głupie...Uzarł mnie wtedy w jęzor.
Był bardzo tolerancyjnym kotkiem i stawiał na równouprawnienie płci. Innych kotów nienawidził bez względu na to czy to były kociczki czy kocurki. Tolerował w zasadzie każde żarcie i miejsce do spania. Najbardziej tolerował polędwiczkę cielęcą... Tiaaa... I lelenia z kocimiętką... 
Weterynarzy nie lubił z wzajemnością. Paru zafundował szramy oraz rany kąsane. No ale sami sobie winni prawda? Tygrysowi termometra wkładać chcieli bezkarnie? Pogło ich chyba. Pamiętam jak mi raz takiego wstydu narobił że chciałam się pod ziemię zapaść. Było to latem. Szliśmy na coroczne szczepienia. Wiecie- upał i te sprawy. No w kazdym razie polara nie założysz. Weterynarz pod samym blokiem. Kontenerka nie miałam. No to założyłam Pusiowi szelki i zaniosłam. W połowie drogi pokapował skubaniutki o co chodzi. I dalejże drzeć ryło. A musicie wiedzieć, że Pusio to płucka miał jak miechy kowalskie. I jak włączył syrenę to niejeden statek by we mgle sprowadził do portu. Oprócz darcia ryła zafundował mi także żorska masakrę łapą pazurzastą. A ja proszę ja was w krótkim rękawku... Wreszcie dobrnęliśmy. Poczekalnia oczywiście pełna. Ale jak zobaczyli Puszeczka... to stwierdzili że możemy wejść pierwsi. Nawet miejsca ustąpili... Posadziłam więc Pusia na krzesełku coby sie z jego łapusi wyrwać. A wtenczas Puszek ucapił krzesło. Pacjent z gabinetu wyszedł a my nie wchodzimy bo Pusio krzesło trzyma... Szarpałam się z Nim dobrą chwilę. Aż wreszcie jeden pan zaproponował coby Puszka razem z krzesłem wepchnąć. Tak też uczyniliśmy. W gabinecie trzeba było tego tygrysa ręcznikiem spacyfikować. Ręka weterynarza zagoiła się prawie bez śladu- jakby kto pytał. Powrót był dopiero ciekawy. Bo widzicie- ten mały gnom po zastrzyku nagle spokorniał. Miauknął cichutko... Szkoda mi się Go zrobiło. Wzięłam na ręce. Przytuliłam. Wyszliśmy na ulicę. A wtedy zaczęło się rodeo. Wbił mi pazury , podciągnął się na łapkach i jakimś cudem zawisł na moich plecach . I to głową w dół. No to ja aby kotecek nie spadł pochyliłam się do przodu. Dojechał na mnie jak na kobyle do samego domu. A kiedy tylko próbowałam się wyprostować to gryzł mnie bezceremonialnie w dupsko. Taki właśnie był Puszek. 
I złodziejstwo! Nie wolno zapominać o złodziejstwie. Puszek póki dobrze widział i jeszcze dawał radę wyłazić na stół to kradł. No nie bójmy się tego powiedzieć. Kradł drodzy państwo. Potrafił świsnąć Mamci mięso z gotującej się zupy. Potrafił zarąbać kiełbasę spod szklanej i ciężkiej pokrywy. Jednego razu gotowaliśmy naszemu jamnikowi Smutkowi ryż z mięskiem. Zaglądamy a tam sam ryż. I tylko Puszek oblizuje pyszczek uciaprany ryżem. 
Brat nawet postanowił zrobić z Puszka złodzieja jak się patrzy. I udało mu się! Sobie Państwo wyobrażą, że za przysmak Puszek dreptał do Mamciowej szkatułki, gmerał łapusiami a potem spiepszał co sił w łapkach z łańcuszkiem w zębach. Od tamtej pory Mamcia trzyma biżuterię w zamknięciu.
Bez wątpienia- Puszek był mistrzem w znikaniu przedmiotów.
A teraz sam znikł i nie mogę Go znaleźć...
Gentelman w każdym calu- choince zawsze odpuszczał.
No może nie zawsze- na pierwsze święta przegryzł kabelek od światełek. Świsło gwizło i Go pizło. Światło zgasło. Korki wywaliło. A Puszek z wrzaskiem wpadł za kanapę. Wierzcie mi- ja byłam pewna że mi kotka zabiło. Odsuwam kanapę a tam Puszek cały i zdrowy. Siedzi i patrzy na mnie tymi swoimi ślepkami. Kurza twarz jak ja się wtedy cieszyłam!
Ale chyba bardziej cieszyłam się kiedy się znalazł po tym jak przypadkiem wypadł z okna. Puszek miał jakieś 5 miesięcy. Siedział sobie na parapecie . A Mamcia gapa poszła, zamknęła okno i Puszka wypchnęła w krzaczory rosnace pod oknem. Ale był lament w domu. No bo jak to tak- był kot i nie ma? A do tego moje- ja chcę mojego kotka!... No na pewno pomagało prawda? Papcio poszedł na noc do kopalni a Mamcia z latarka na osiedle szukać kotka. Ciemno jak w doopie. Patrzy Mamcia a tu jakis bidoczek próbuje otworzyć drzwi do samochodu. No to mu uczynnie latarka poswieciła... Tiaaa... Rano się dowiedziała że sąsiadowi ktoś spod bloku świsnął auto... Policjant miał niezły ubaw jak Mamcia w sprawie zeznawała. Puszasty znalazł się w piwnicy. Ja zawaliłam 3 klasówki.
Mówię wam- ja w życiu tak się ze znalezienia sierściucha nie cieszyłam.
Całowałam ten Jego umorusany pyszczek i rozsmarowywałam gile na jego futerku. A on? A na koniec stwierdził że ma dość czułości i dał mi w ryło z plaskacza. 
Tak!
Bo Puszek w ryło bił z plaskacza- z pazurkami nigdy nie leciał. 
A kiedy gryzł to zazwyczaj tak dla jaj.
Początkowo nawet śladów nie miałam.
Ale po długoletniej sterydoterapii skóra robi się cienka jak pergamin i wtedy nawet pacniecie kocia łapką robi krwiaka.
Mam parę blizn.
Ostatnio nawet wyrwał mi serce...
Owszem.
Były inne kotki w naszym życiu- tymczasowe tymczasiki trzymane w zamknięciu i w wielkiej tajemnicy przed zazdrośnikiem Puszkiem.
Ale z żadnym kotkiem nie byłam tak blisko.
Z Puszkiem nadawaliśmy na tych samych falach.
Wiedziałam kiedy jest wkurzony, kiedy chce się bawić, kiedy zwyczajnie mam spiepszać a kiedy mam potarmosić.
Puszek czasem szczekał jak pies.
Często prychał.
Syczał jak kobra.
Tyle, że to nie było ze złości.
No bo jak można mówić że to po złości skoro syczy jak kobra i wpycha ci swój futrzasty zad ?
A nawet jak mnie gryzł w dupsko to robił to tak całkiem po psiemu- no wiecie- takie szczypanie tymi przednimi ząbkami... 
Był wielkim zazdrośnikiem.
I choć by się w życiu nie przyznał to chyba mnie ten mały paskud kochał trochę.
Bo najbardziej był zazdrosny o mnie.
Zawsze mnie wąchał...
I niechbym tylko zaleciała zapachem innego... no to miałam pranie futra murowane.
O fochu nie wspomnę.
Puszek nauczył mnie co to znaczy mieć focha.
Wiecie, że można z powodu focha nie jeść, nie pić i się nie załatwiać przez dni 3 lejąc przy tym pod siebie i tępo patrząc się w ścianę?
To jest dopiero foch.
A wiedzieliście, że kot chce żeby Go przeprosić?
No to już wiecie.
Przepraszałam- a i owszem, no co się wypierać bedę.
I te jego polowania... Na pająki, ćmy, biedronki, muchy... Cóz będe sciemniać. Puszek był nieco pierdołowaty. Nie zapomne jak jednego razu na wsi podczas świąt wylazła mysz. Puszek wpadł za segment. Mysz za nim. No i gadaj tu z nimi. Żadne wyjść nie chce. Mysz skitrana bo z tyłu kot a z przodu człowiek. Kot skitrany bo za zadkiem sciana a z przodu mysz... Trzeba było myszę spacyfikować. Nie było rady. Mój futrzasty bohater...
A żebyście widzieli Puszkowe akrobacje!
W 10 sekund potrafił zdemolować pół domu. Jak wtedy gdy ciekawski wsadził japę do reklamówki przez ucho. A kiedy szarpnął głowa i zaszelesciło to wystartował jak rakieta powalając wszystko co stało na drodze. Z reklamówką dumnie szeleszcząca Mu za tyłkiem...
Zadziwiające jak huczy cisza pozbawiona szelestu kocich łapek...

To było cudowne 18 lat.
Posiadanie kota jest inne od posiadania psa.
Kot to istny wszechświat zachowań.
Jest jak czlowiek.
A Taki KOT jakim był Puszek trafia się tylko RAZ w życiu.
To była moja kolej.
Moja szansa.
Nie przegapcie swojej.
...
Koty zawsze łażą swoimi ścieżkami.
Puszek polazł gdzieś swoją.
A ja...
Cholera.
Ja nie potrafię przywrzeszczeć Go z powrotem.

Karolina Talar

kociosmedek - facebook

 

 

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 40