RSS
czwartek, 09 sierpnia 2018
KOTLET DLA WEGANINA

 To jest ten filmik, ale nie wiem czy jest widoczny ...

Na fejsie dzisiaj ktos zamiescil filmik, na ktorym w roli glownej byl wedzony arbuz … Bylo pokazane jak to przyzadzic i potem jak, juz pokrojone na plastry, wyladowalo to to na talerzu. Co kto lubi co kto woli, ale ja najbardziej lubie arbuza na surowo, koniec i kropka.

Pod postem ktos skomentowal, ze to jest alternatywa dla wegan, cos zamiast kotleta …

 

Juz kiedys sie nad tym zastanawialam, rezygnuja Ci wegetarianie, weganie czy inni jarosze z jedzenia miesa, a potem szukaja czegos co zastapi im kotlet, gdzie tu sens i logika. Moim zdaniem jak sie z czegos rezygnuje, to sie tego nie je i koniec. A oni szukaja i kombinuja, wymyslaja jakies jarskie hamburgery np z ziemniakow, czy inne kotlety sojowe, albo mielone z fasoli, robia gulasze w ktorych miecho zastepuja na ten przyklad dynia (brrr, nie lubie dyni jak mozna mieso dynia zastapic i potrawe nazywac gulaszem ???), ja do gulaszu dodaje cukinie, ale glownym skladniekiem zawsze jest mieso, ktore wczesniej krowa bylo.

 

Nie rozumiem tego, bo po kiego grzyba rezygnowac z czegos, zeby potem na sile kombinowac i szukac czegos, czym mozna by to zastapic. Jeszcze twierdza, ze jest wiele aternatyw i wystarczy sie tylko pochylic nad tematem i poszukac. Tylko po co sobie zycie utrudniac? Rezygnuja z miesa, a potem szukaja tych alternatyw i kombinuja utrudniajac sobie zycie i traca czas zeby znalezc jakies zamienniki … To po co rezygnuja, skoro potem im tego kotleta na talerzu brakuje … ?

 

Ja nie jestem wegeterianinem, a miesa jem raczej niewiele i nie szukam zadnych zamiennikow. Smaze chlopu jego ukochane wieprzowe kotlety, ktorych nie jadam i jem ziemniaki z sama surowka czy inna kapusta i kotlet na talerzu nie jest mi do niczego potrzebny. Kotletow z karczku niegdy nie lubilam, a od kilkunastu lat nie jadam rowniez schabowych. Kiedy gotuje mu gulasz ze swini, ktory najczesciej podaje z kasza, to ja jem sobie miske kaszy z duszona cebulka i kiszonym ogorkiem i nie potrzebuje do tego niczego, co ma mi ten gulasz udawac. Kotlety mielone kiedys bardzo lubilam, ale nie robie ich od dluzszego czasu, bo mieso jest coraz gorszej jakosci i one mi nie samkuja i nie robie sobie kotletow sojowych czy z innej fasoli. Wedliny nie jadam, bo jej jakosc jest jak dla mnie podla i wystarcza mi kromka z maslem i czosnkiem, bardzo lubie i czesto tak jadam na sniadanie i nie zastanawiam sie nawet, czym mogla bym zastapic plasterek szynki.

 

I tak sobie mysle o co chodzi z ta alternatywa? I doszlam do wniosku, ze to siedzi w psychice. Nauczeni od dziecka, ze na talezu maja byc trzy rzeczy: ziemniaki, kotlet i kapusta, tak im sie ten wzorzec wyryl w glowach, ze teraz nie potrafia zjesc obiadu bez tego kotleta i dlatemu musza go koniecznie czyms zastapic. Takie i inne wzorce, wpajaja nam rodzice w dziecinstwie i potem ciezko sie tych przyzwyczajen wyzbyc.

 

Ja na szczescie jakos nigdy temu nie ulegalam i nie musialam miec na niedzielny obiad rosolu, a na snaidanie moglam ze smakiem zjesc reszte zupy od wczoraj, a na obiad kanapki. A kiedy zrezygnowalam ze slodzenia kawy, a potem herbaty to nie szukalam zamiennikow i poprostu nie sypie nic slodkiego do moich goracych napojow i juz. Nazywam tez rzeczy po imieniu, dla mnie kotlet sojowy, to wlasnie jest kotlet sojowy, a nie mielone. Corka robila kiedys pyszne pasztety sojowe i nawet nam przez mysl nie przeszlo mowic, ze to pasztet z krolika. Jak zrobila gulasz z dyni (ona lubi), to nie wpierala mi, ze to swinia z mysla, ze sie dam nabrac. Kotletow z fasoli nie robie, bo nie lubie mielonej fasoli i nie wiem jakie kotlety mialo by mi to imitowac. A kotlety z boczniaka mialam kiedys okazje jesc, sa pyszne, ale to kotlety z grzyba a nie schabowy.

 

I dlatego nie rozumiem do czego ma sluzyc to szukanie zamiennikow, bo dla mnie to tylko utrudnianie sobie zycia i oszukiwanie samego siebie, bo jak sie z czegos rezygnuje to sie rezygnuje i koniec.

 

A ja osobiscie, czas ktory miala by tracic na to cale szukanie, tych wszystkich zamiennikow i potem produkowanie kotletow z fasoli, ktorych zrobienie zabiera duzo wiecej czasu niz usmazenie schabowych, wole np poswiecic na czytanie ksiazki.

poniedziałek, 06 sierpnia 2018
CO JA MAM Z TYM KOTEM

Skonczyly sie Rufusowi tabletki, te ktore zawsze mozna kupic w lecznicy. Poszlam wiec w ubiegly wtorek i zamowilam mu wizyte na srode, postanowilam tez powtorzyc nerkowy test krwi, ktory ostatnio nie wyszedl dobrze. Troche z tym zwlekalam, miedzy innymi dlatego, ze ceny u weterzynarza moga wpedzic czlowieka w bankructwo.

O 16-stej zapakowalam futro do kontenerka i kilka minut pozniej wyszlam z domu, zeby zdazyc tam na 16:15. Na miejscu okazalo sie, ze musialam zaczekac, jakos tak okolo 20-scia minut, bo wetka byla zajeta.

Kiedy juz weszlismy, no dobra ja weszlam, bo futro zostalo wniesione, to zwierz zostal gruntownie przebadany jak nigdy wczesniej. Byla inspekcja paszczy i zebow, zostaly obejrzane oczy i uszy, zostal obmacany i osluchany (akurat osluchiwany jest zawsze dosc dlugo, a to z racj astmy), a nawet kopnal go watpliwy zaszczyt mierzenia temperatury i to ostatnie najmniej mu sie podobalo …

Badanie wypadlo pozytywnie. I oczywiscie jak zwykle, kocur zostal wychwalony pod niebiosa, ze taki spokojny, taki super, itp, itd … Nosz kurna zamiast go tak wychwalac, to lepiej jakiegos bonusa finansowego by dali, bo on faktycznie jest wzorowym pacjentem, to by sie nalezalo.

Nastepnie wzorowy pacjent zostal zapakowany do kontenerka i wyniesiony na zaplecze, w celu pobrania materialu do badania. Pod koniec wizyty dowiedzialam sie, ze cala ta impreza bedzie mnie kosztowac prawie dwie stowy. Niestety na moim koncie panuje ostatnio posucha, wiec wzielam kase od ‘A’, ale okazalo sie, ze mam za malo. W recepcji powiedzialam pani, ze ide do domu , bo mam za malo pieniedzy i zaraz wroce. Kiedy wrocilam z kasa, Rufus juz czekal za kontuarem recepcji. Zaplacilam, buteleczke z tabletkami schowalam do torebki, porwalam “slodki ciezar” i z duzo lzejszym portfelem ewakuowalam sie do domu.

 

Upal nadal panuje niemozliwy, myslenie sie wylacza i ciagle sil brakuje, wiec jak tylko zeszlam z ulicy na osiedlowa droge, to wypuscilam kocura na wolnosc. Kot ma cztery lapy i moze chodzic, to do domu moze sam zajsc, a ja nie musze sie meczyc.

I tu taka mala dygresja: nie polecam nikomu aby tak  robil, bo koty sa rozne i wiekszosc po wizycie u weterynarza jest w stresie i nigdy nie wiadomo jak moga sie zachowac. Taki kot moze pobiec przed siebie na oslep i nieszczescie gotowe, moze wpasc pod samochod, albo sie zgubic, albo nie wiadomo co jeszcze …  

Moj Rufus to jest taki troche Kubus Puchatek i on jak juz wyjdziemy z lecznicy to wie, ze idziemy do domu i juz ma luz psychiczny i idzie sobie lapa za lapa, lapa za lapa czlapiac grzecznie za mna, az do samego domku.

 

A kiedy znalezlismy sie juz oboje w domu, to kot jak zwykle zazadal jedzenia, a potem poszedl sobie na patio.

 

A potem poznym wieczorem, takim bardzo poznym, kiedy juz mielismy sie klasc spac i oda kocory byly juz domu, to Rufus wlazl do kwety, a to co w niej zostawil bylo bardzo niezdrowe ...

W czwartek rano jak zobaczylam salon to zwatpilam w zycie i w partie i nie wiem co jeszcze. Czegos takiego w wykonaniu Rufusa, jeszcze nigdy nie widzialam, jemu zdaza sie miec srake, ale to byl poprostu koszmar jakis. Jak juz wyczyscilam kuwety i wysprzatlam wszystko to co bylo paza nimi, to bylo mi bardzo nie teges, no nie jestem obrzydliwa, nie naciaga mnie kiedy musze rzygi czy srake po kocie uprzatnac, ale to prawie przeszlo granice mojej wytrzymalosci …

 

Jeszcze zanim poszlam spac w srode, zaparzylam kotu ziolka (nie, nie napisze jakie, bo ludzie czesto nie czytaja ze zrozumieniem, a potem robia cos nie tak i maja pretensje i zale …), szkoda tylko, ze z racji tego, ze musialy naciagnac i wystygnac, nie moglam mu ich podac od razu. W piatek zanim wyszlam do pracy zarzadzilam areszt domowy i glodowke, a wykonawca wyroku zostala Mira. W sobote kot juz troche jadl, ale malutkie porcyjki i caly czas jezcze dostawal ziolka i wypuscilam go tez na zewnatrz, bo nie mialam serca w ten upal trzymac go w domu. W niedziele rano jak zwykle wyszedl na pole, a jak wrocil to juz go nie wypuscilam, bo my jechalismy nad morze. Dzisiaj kot je, chociaz mniej i caly czas jeszcze daje mu ziolka.

 

Ewidentnie zezarl cos na polu, podejrzewam, ze jakies syfskie chrupki, a wskazywal na to paw niestrawionych kulek, sraczkowatego koloru. Od ostatniej choroby Rufusa w moim domu nie ma zadnych chrupek, tak ze w domu nie mial szans na takie “rarytasy”.

 

I tak jak nie urok, to sraczaka z tym kotem, skarbonka jedna ...

No wypadalo by normalnie gada uwiazac za lape i do palika przybic jak koze, czy jakos tak ….

sobota, 28 lipca 2018
CHWILO TRWAJ

Siedze w fotelu o poranku, no nie takim bardzo wczesnym, bo jest juz 10-ta. Pije kawe, taka jaka lubie najbardziej z cynamonem , parzona w tygielku, z odrobina mleka i od niedawna z dodatkiem lyzeczki oleju kokosowego, roztrzepana tak zeby zrobila sie paianka, chwilo trwaj ...

Slucham Kory “Ta noc do innych nie podobna” , juz wiem, ze zmarla, smutno … Wiem, ze walczyla z rakiem … przegrala … Lubilam jej piosenki, bede sluchac nadal, zostawila po sobie sporo dbrych kawalkow.


 

 

Do salonu wbiega Minio, wbiega z ogoem prosto uniesionym w gore, jak maszt, wbiega to cieszy, bo kiedy upaly meczyly to tylko sie snul, chwilo trwaj ...

 

Na polu wiatr, nie, nie taki zeby glowy urywal, ale taki, ze gra mocnym szumem w galeziach. Po wczorajszym deszczu, niezbyt dlugim, ale dosc ulewnym i burzy, nareszcie sie ochlodzilo i noc przyniosla wytchnienie, nam i naszym kotom, chwilo trwaj ...

 

Siede w moim fotelu, biore kolejny lyk kawy, rozkoszujac sie jej smakiem i wygladam na zewnatrz, przez otwarte drzwi, na patio... A tam na lisciach rozy poblyskuja i migaja plamki swiatlo cieni, jak zajaczki puszczane niezliczona iloscia malutkich lusterek. Owe blyski na lisciach, tworza sie za sparawa ostrego, porannego swiatla, ktore przebija sie poprzez geste liscie na galeziach lipy, galeziach ktorymi bawi sie wiatr … Siedze sobie i patrze na to cudowne migotanie … Chwilo trwaj ... Kocham wszelakie swiatlo cienie, migajace, blyskajace, kladace sie na trawie ...

 

Jest zielono, narzie jeszcze jest chlodno, jest lato, moje koty znowu wyglaaja normalnie, jest pieknie, chwilo trwaj …

 

I kawa w kubku sie skoczyla … Chwila jeszcze trwa … jeszcze chwile posiedze … I moze migrena, ktora niesmialo zaczyna sie dobijac w odwiedziny, jednak bedzie dzisiaj na tyle laskawa, ze nie zacznie dzikich harcow i pojdzie sobie precz ….  


czwartek, 26 lipca 2018
AFRYKANSKIE UPALY W LONDYNIE

“Tyle slonca w calym miescie, nie widziales tego jeszcze” - to wez i przyjedz do Londynu …

Chyba dobrze od miesica, mamy w Londynie iscie afrykanskie upaly. Jest goraco, bardziej goraco i jeszcze bardziej goraco.

Takie upaly, jak mieszkam tu juz prawie 10 lat, widze pierwszy raz.

 

Trawa w parkach wyglada jak wyschnieta sawanna w Afryce, jest zolta i jeszcze bardziej zolta i nieduzo jej juz brakuje aby zmienila sie w piasek ...

 

 

Najlepiej jest rano, a raczej wczesnie rano, bo potem zaczyna sie robic ceiplej, coraz cieplej ...

 

Noc nie przynosi wytchnienia, bo temperatura co nie co sapada, dopiero gdzies przed samym switem. Wiatrak nie wiele daje, bo w moim przypadku moze byc on wlaczony co najwyzej na jedynce, ale nie bardzo moge przy nim spac, bo jego szum nie pozwala mi dlugo zasnac, a potem mnie budzi, a wieksza moc nie chodzi w gre, bo potem jestem chora. Debilnych okien nie moge otworzyc na osciez jak Minio jest w sypialni (a teraz jak jest u nas wnuczka, to kot spi z nami), bo nie chce zeby skakal na glowke w dol, na murek okalajacy patio, wiec moge go tylko uchylic az do blokady, a to jest zdecydowanie za malo. Jak bylo stare okno, to NORMALNE, to uchylalam go gora, kot nie mial do niego dostepu i ja moglam spac spokojnie i nie musialam sie dusic.


 

 Na zdjeciu widac ten murek, znajac mojego desperata - cwaniaka, nie bede ryzykowac, tym bardziej, ze pare razy widzialam jak mierzyl odleglosc ...


Ja bardzo zle znosze upaly, wiec nie funkcjonuje w tym czasie normalnie i najbardziej jestem zadowolona w te dni, kiedy nie musze isc do pracy. Najgorzej jest w piatek, bo wtedy wychodze z domu o 13-stej, czyli w najgorszy skwar, a w metrze i autobusie jest duszno i goraco, wiec jak wracam do domu to jestem jak nie zywa.

Koty sa juz tak zmeczone, ze az zal mi na nie patrzec. Minio juz nie wbiega po schodach na gore, tylko wchodzi noga za noga. Rufus chowa sie przed upalem pod lozkiem w sypialni, osobiscie nie mam ochoty sprawdzac czy tam jest chlodniej, ale on zawsze ma dziwne pomysly. Snuja sie oba po domu, pokladajac sie to tu, to tam i padaja, doslownie. Szukaja jakiegos chlodniejszego miejsca na patio, ale to dopiero poznym popoludniem, bo wczesniej jest tam goraco i nawet cien pod daszkiem jest goracy. Ja siadam tam z kawa i ksiazka dopiero po  15-stej, wczesniej chyba bym sie ugotowala. Tylko pranie schnie w momencie. Obserwowalam dzisiaj Rufusa z okna w kuchni, jak sprawdzal czy bruk moze juz jest chlodny, biedak wygladal jak zmieta szmata. Zal mi ich, ale nie bardzo moge im pomoc, wiatraka nie lubia, a nie bede ryzykowac z moczeniem, bo sa stare i mogly by sie pochorowac. Moge im tylko dodawac wiecej wody do mokrego zarcia.

Jest tak sucho, ze smarki w nosie mi wysychaja, mam sucho w uszach, a oczy swedza mnnie i pieka chociaz je zakraplam. Najlepeij jest mi w niedziele, kiedy jedziemy nad morze, bo tam mozna sie ochlodzic w chlodnej wodzie i ta orzezwiajaca bryza od morza …  jest cudnie …

 

A w parku gawrony juz nie dokazuja, nie robia sobie psikusow, one tez sa zmeczone, chodza z porozdziawianymi dziobami i zaja jak psy … A jak widze desperatow, lezacych na resztkach zeschnietej trawy, albo na kocykach, w pelnym sloncu i opalajacych sie, to robi mi sie slabo i niedobrze …

 

Ja w domu robie tylko to co niezbednie konieczne, a przez reszte czasu siedze i czytam, bo to jeszcze jestem w stanie robic, Dzisiaj wlasnie skonczylam czytac “Bastion” Kinga, swietna ksiazka.

 

 

Leca liscie  drzew …..

To ciemne pod drzewami to sa zeschniete liscie, one poprostu uschly … A jak wracalam do domu we wtorek, to widzialam cale platy kory, ktore odpadly z platanow …

 

Dzisiaj sprawdzilam pogode i jest nadzieja, ale moze lepiej odpukac w niemalowane … PUK, PUK, PUK ... Na jutro zapowiadaja ochlodzenie, a nawet jakis deszcz, bylo by pieknie i moze jednak nie zejde przy sprzatniu na zawal, bo ja tam sama jestem … i w domu i w biurze ...

 

Tesknie za deszczem, takim prawdziwym ulewnym deszczem i za zielona trawa ....

czwartek, 19 lipca 2018
ANKA

Na  poczatku stycznia, 2015 roku, zamieszkala z nami Anka. Krzysiek poznal ja na fejsie, na grupie dla singli w Londynie.

Fajna dziewczyna, sama o sobie mowi, ze jest czarownica i ze lubi se pogadac. Przy niej, piewrszy raz od kiedy wynajmujemy ta chate, nie bylo klopotow z dyzurami, w jednen tydzien sprzatala lazienke , a na drugi kuchnie i nawet zadna lista nie byla potrzebna. Dziewczyna bardzo pracowita i bardzo ambitna, przyjechala do Londynu aby zapracowac na swoje marzenia.

 

Kiedy sie poznalysmy byla w Londynie juz 10 lat i zapracowala sobie na male mieszkanie, w swoim miescie i wlasnie zaczela go urzadzac. Mowila, ze taraz jeszcze musi sobie odlozyc na lepsze zycie i na safari w Afryce, a jak sie uda to jeszcze na wycieczke po stanach, Wielki Kanion Kolorado i takie tam … Od poczatku byla nastawiona na to, ze przyjechala tu zarobic i potem wraca do Polski. Caly czas bardzo teskni za krajem i swoimi bliskimi.

 

Anka jest prosata dziewczyna z malej miejscowosci, ale nie ma z tym problemu, sama jak czegos nie rozumie to sie smieje: “bo ja ze wsi jestem”, a kiedy nie lapala naszych zartow, to pytala o co chodzi …

 

Kiedy przyszla do nas zobaczyc pokoj i usiedlismy w salonie obgadac co i jak, podszedl do niej Miniek, popatrzyl na nia, olasil sie jej o noge i kiedy wyciagnela dlon w jego kierunku, powachal i pozwolil sie poglaskac. Powiedzialam jej wtedy, ze jest wybrancem i zostala obdarzona specjalnymi przywilejami, bo Miniek nie lubi obcych ludzi i nie zawiera z nimi znajomosci. Ucieszyla sie bardzo, bo lubi koty.

 

Anka sprzata i teraz ma duzo domow w swoim grafiku. Na poczatku pracowala nawet w soboty, ale potem stwierdzila, ze jeden dzien wolny to za malo i jednak potrzebuje wiecej czasu na odpoczynek.

 

Bardzo czesto gdzies wyjezdza, zwiedza Anglie, ale nie tylko. Opanowala komunikacje autobusami i jak trafi na tansze bilety to jedzie tu albo tam ... Nie jezdzi na zorganizowane wycieczki, nie spi w drogich hotelach, bo jak sama mowi, nie potrzebuje wielkich wygod, wystarczy jej lozko w hostelu, bo najbardziej jej zalezy na tym zeby cos zobaczyc, cos zwiedzic. Jak jechala do Norwegi na weekend, to zabrala ze soba caly plecak jedzenia i bielizne na zmiane, bo stwierdzila, ze tam zarcie jest drogie a jej szkoda kasy.

 

Byla bardzo zadowolona, ze u nas miala cala szuflade w zamrazarce dla siebie, bo ona nie kupuje gotowcow tylko sama gotuje. Czesto z rozmyslem gotowala czegos wiecej i sobie zamrazala, bo mowila, ze : “jak gdzies pojede to jak wroce, to tylko sobie wyciagne i juz …”. Lubila gotowac, chociaz nie bardzo miala na to czas, bo jak pracowala to wracala raczej pozno, a jak byl weekend to zazwyczaj gdzies ja nosilo. Smiala sie ze mnie, ze jak na osobe nie lubiaca gotowac, spedzam duzo czasu w kuchni.

 

W tej kuchni, jak zeszlysmy sie przy garach, nie raz gadalysmy na rozne tematy, a to o glupotach a to calkiem powaznie. Opowiedziala mi, ze urodzila sie chora i ledwo ja za uszy do zycia wyciagneli. Nie dopytywalam na czym dokladnie polegal problem, ale byl powazny, bo miala z tego tytulu rente. Jak przyjechala do Londynu, na poczatku nie wiedziala jak jej sie tu ulozy i czy zostanie na dluzej, ale jak zobaczyla, ze wszystko idzie po jej mysli to zrezygnowala z renty.


Bardzo przezyla nagla chorobe i smierc swojej mamy, pod koniec jej zycia byla w Polsce.  Potem miala spory problem z zylakami, a ze tutaj trafila na konowalow, wiec na pol roku zjechala do Polski i tam przeszla operacje i leczenie.

 

Same poczatki tutaj tez nie byly dla niej rozowe, na poczatku pracowala jako au pair i tarafiala na rozne dziwne rodziny, delikatnie mowiac, bo od jednych ludzi poprostu uciekla, spakowala walizke i wyszla nie wiedzac co dalej. Dopiero jak troche ogarnela jezyk i znalazla sobie pierwsze sprzatania, to zaczela wychodzic na prosta.  

 

Najlepsze bylo to, ze jak z nami zamieszkala to miala duze obawy, bo twierdzila, ze ma alergie na koty. Powiedzialam jej po jakims czasie, ze chyba lekarz chcial jej ta alergie wmowic, jak dlugo z nami mieszkala nie miala zdnych objawow, chociaz nie brala zadnych lekow przeciw alergicznych.

 

Anka byla, ze tak powiem stara panna, zatwardziala sngielka. Nie lubila i nie chciala miec dzieci. Az pewnego dnia, powiedziala nam, ze poznala faceta i zapytala, jak dziewczynka rodzicow, czy moze go przyprowadzic. Smialaismy sie z niej, ze baba dobijajaca czterdziestki pyta o pozwoleie, czy moze zaprosic faceta. Spotykali sie przez jakis czas, to on przychodzil do niej, to ona jechala do niego. Az nagle wszystko sie skonczylo, nie pytalam … Az kiedys przy garach Anka powiedziala, ze przykro jej , bo fajny jest ten Richard, ale ona nie chce byc z facetem ktory ma pociag do alkocholu. Trwalo to jakis czas, a potem Anka zaczela sie zastanawiac czy nie sprobowac jeszcze raz i tak przy tych garach mowila, ze chyba da mu jeszcze jedna sznse, ze postawi pewne waronki, ze moze jak zamieszkaja razem to wszystko sie ulozy. I tak jakos koncem czerwca 2016 roku, popakowala swoje manatki w pudla, pudelka i walizki …

 

Fajnie sie nam razem mieszkalo i nam z nia i jej z nami.

 

W styczniu martwila sie o Rufusa i ucieszyla sie jak jej donioslam, ze chlopak bedzie zyl. Pod koniec lutego nareszcie udalo sie nam umowic i przyszla do nas, z Richardem w odwiedziny. Posiedzielismy i pogadalismy, Richard opowiadal o swoich wrazeniach z wyjadu do Polski, ogolnie bardzo mu sie podobalo i podsumowal: “tam jest pieknie, wszyscy ludzie sa biali ….”  A potem w marcu napisala do mnie na fejsie i zapytala czy chec sprzatanie, chcialam.

 

Teraz znowu kombinujemy sie spotkac, moze jakiegos grila u nas na patio zrobimy ...

¶roda, 18 lipca 2018
JABLKO DLA JEZYKA

Disiaj na fejsie, na grupie “Z milosci do zwierzat ….” wpadlam na taki oto post:

“Witam, dzis w ogrodzie znalazlam jeza … Jest ledwo zywy, zaatakowany przez kleszcze, czy moze ktos z Was wie gdzie moge z nim pojechac zeby udzielono mu jakiejkolwiek pomocy”


 

Od razu wyjasniam, pani zaniosla jeza do weterynarza.

 

A teraz do sedna sprawy, czyli tego jablka dla jeza. Pani ktora znalazla zwierzaka, kocha zwierzeta i ma dobre serce, ale na jezach kompletnie sie nie zna. W komentarzach pod postem ktos jej napisal, ze jeze jablka jedza tylko w bajkach, inny ktos poradzil zeby mu dala chrupki dla kota.

A ja kiedy zobaczylam to zdjecie, parsknelam smiechem i pokazalam je wnuczce, ktora zareagowala tak jak ja i dodala, niech mu jeszcze na kolce to jablko nabije.

Stary stereotyp pokutuje i ma sie bardzo dobrze, sama pamietam te obrazki w ksiazeczkach dla dzieci, z jezykiem niosacym na plecach, nabite na kolce, dorodne jabluszko. Ale dosc szybko sie dowiedzialam, ze to bzdura, bo jeze to lubuja sie w dzdzownicach i innych robalach, a nawet w myszach czy innych malych gryzoniach.

 

I tak sobie pomyslalam, pani zrobila zdjecie pewnie telefonem, wrzucila post na grupe, tez pewnie przy uzyciu tego samego telefonu, wiec internet tez w urzadzeniu miala, zreszta jak prawie kazdy teraz, tylko zabraklo wyobrazni zeby wujka google zapytac o to: o co chodzi z tymi jezami …. Niestety czesto sie na tym lapie, ze ludzie majac internet i male komputery w kieszeni nie korzystaja z tego i czesto sa to ludzie mlodzi, wiec po co im cala ta technika … A przeciez wystarczy wpisac w wyszukiwarke “jez” i przeczytac to, co tam jest napisane, a miedzy innymi jest to:


“S± wszystkożerne – żywi± się slimakami, dzdzownicami, jajami ptakow, małymi ssakami i plazami, ale głównie owadami. Wbrew ludowym przes±dom (a także wbrew licznym bajkom), jeże nie jedz± jabłek.

sobota, 07 lipca 2018
OBRAZY I POLECZKA NA STORCZYKI

Marzyla mi sie poleczka nad lozkiem, taka zeby mozna na niej ksiazke polozyc, pudelko z chusteczkami postawic i zeby jeszcze lampka nocna byla w komplecie. Tak zeby mozna bylo sobie poczytac przed snem, jak cywilizowany czlowiek, lezac po swojej stronie lozka, a potem odlozyc ksiazke na poleczke i zgasic lampke. Wymyslilam tez sobie, zeby przy oknie na scianie, zawisla druga taka poleczka, ktora sluzyla by mi zamiast parapetu, ktorego nie posiadam, w zalozeniu mialy na niej stanac te storczyki, ktore chciala bym miec ….

Dlugo to pozostawalo jedynie w sferze moich marzen, chociaz co jakis czas wiercilam o to, dzire w brzuchu mojemu slubnemu.

 

Czekalam na te poleczki, juz nie pamietam ile. Pierwsze uslyszalam, ze to jest niemozliwe, bo gwozdzie w sciane = sie dziury, a my wynajmujemy i dziury nie moga byc … ble, ble, ble ... Chociaz po drugiej stronie sypialni, nad biurkiem jakos mogly zawisnac poleczki i jakos te gwozdzie i dziury w cisanach …. pierdu, pierdu ….

 

Potem ‘A’ przytargal nie wiem skad dwie poleczki, pokazal mi je i zadowolony z siebie zakomunikowal: “widzisz jakie Ci ladne poleczki skombinowalem” i postawil je za drzwiami w sypialni. Staly one sobie tam, nie wiem jak dlugo, ale ze przeszkadzaly to zabral je i zaniosl na dol i postawil w przejsciu na patio. Potem jak robil podloge na dole, to gdzies je przestawil i zniknely mi z pola widzenia. Na szczescie podporki pod nie, caly czas byly tam gdzie je schowalam.

 

Kiedy bylismy na swieta u corki, to zabralam od niej moje obrazy, te ktore mialam w Warszawie i ktore pojechaly z nia do Przeworska. Staly potem te biedne obrazy, opierajac sie smetnie o sciane na korytarzu, przy drzwiach do naszej sypialni. Stan ten trwal od wielkanocy, az do jednego listopadowego dnia.

 

Nie pamietam co wtedy robil ‘A’, ale postanowilam wykorzystac sytuacje i wyciagnelam z schowanka podporki pod poleczki i bylam nieustepliwa, chociaz marudzil, ze on nie pamieta gdzie on sa. Ja uparcie marudzilam i nagle poleczki sie znalazy i zostaly zamontowane na scianach. Szybko, zeby wena go nie opuscila, przygotowalam obrazy, wszystkie te ktore mozna bylo zawiesic, czyli te ktore mialay ramy, albo byly malowane na bletramach.

 

I tak nareszcie, od listopada ubieglego roku moge czytac w lozku i kazdego dnia moge podziwiac prace mojej mamy.



 

Poleczka nad lozkiem dostala lampke i zasiadly na niej dwie maskotki, stanelo tez podelko z chusteczkami i zostao jeszcze miejsce na ksiazke, okulary i telefon, pelnia szczescia.

 

Poleczka ktora w zalozeniu miala sluzyc na wymarzone stroczyki, niestey nie spelnila moich oczekiwan. Dobrze, ze wczesniej jednak nie zakupilam tych kilku roslin, ktore tak mi sie podobaly. A wine za to ponosza nowe okna, te ktorych tak nie znosze, te ktre otwieraja sie na zewnatrz. Stare otwieraly sie normalnie, do srodka i byly normalnie uchylne. Zima nie przeszkadzalo by storczykom, stojacym na poleczce, gdybym okno uchylila, ale teraz niestety wialo by na nie bezposrednio, a wiadomo, ze one raczej tego nie lubia.



 

Dlatemu teraz poleczka ta sluzy mi, ze tak powiem w celach dekoracyjno - fotograficznych. A tak na marginesie, to na zdjeciu jest akurat uchylone okno.


 

Na tym zdjeciu lepiej widac, jak wyglada to debilne okno, kiedy go uchylic.

wtorek, 03 lipca 2018
POCZUCIE HUMORU MOJEGO ‘A’

Wczoraj korzystajac z tego, ze slubny wrocil z pracy troche wczesniej niz zazwyczaj, postanowilismy zrobic cotygodniowe zakupy.  Z tym, ze on piersze chcial poprzewozic troche gratow, z patio do garazu. Kiedy ‘A’, razem z naszym wspollokatorem, zajeci byli ladowaniem wszelkich przydasi do naszej “ciezarowki”, do wnuczki przyszed kolega i wyszli przed dom. Kiedy mlodzi wychodzili, poinstruowalam Mire, zeby nie palili papierosow siedzac na schodach, bo sasiadka z gory moze sie czepiac. Molda powiedziala, ze wie i beda siedziec na murku.

‘A’ wrocil i zjadl obiad, a potem na chwile jeszcze posiedzial i cos tam posprawdzal sobie w necie. Kiedy zobaczylam, ze podnosi swoje 4 litery z kanapy  i udaje sie w strone kuchni, powiedzialam do niego:

 

“zawolaj Jˇ, bo siedzi z kolega na murku z kolega”.

 

Slubny otworzyl drzwi wejsciowe na osciez i powiedzial:

 

“ Jˇ, - i po chwili powtorzyl: “ Jˇ.

 

Malo sie nie splulam, parskajac smiechem. A on odwrocil sie do mnie i poinformowal:

 

“Jˇ, nie ma na murku”.

 

Po chwili cos zapukalo.

 

“O, Jˇ wrocilo” - powiedzial moj ‘A’ otwierajac drzwi.

 

Kolega zostal podwieziony pod stacje metra i poinstruowany jak ma wrocic do siebie, a my zrobilismy zakupy. Kiedy wracalismy do domu, przypomniala mi sie ta sytuacja i zaczelam chichotac.

 

“Z czego Ci tak wesolo” - zapytal ‘A’.

 

“A bo sobie przypomnialam jak wolales Jˇ - odpowiedzialam.

 

“No, bo mi kazalas, to zawolalem Jˇ”.

 

Mira siedzaca z tylu zaczela sie smiac i powiedziala sobie pod nosem: “Jˇ”

 

“Nie JOM a Jˇ" - powaznym tonem poinstruowal dziadek.

 

“Jˇ” - powtorzylam za nim.

 

“Nie JOM a Jˇ -  jeszcze raz z naciskiem powtorzyl ‘A’.

 

Chichralam sie z tego, a slubny zatrzymal sie zeby pieszego przepuscic.

 

“Nooo, lez gosciu, a nie gap sie” - powiedzial zirytowany.

 

Gosciu faktycznie sie na nas gali, szedl jakos niemrawo i usmiechal sie.

 

“On pewnie mysli, ze ja to do niego tak sie smieje i dlatemu sie mu geba cieszy, biedny nie wie, ze smieje sie z Jˇ” - stwierdzilam.

 

I jeszcze dzisiaj rano smialam sie z - Jˇ.

 

* Jest to moja pierwsza proba napisania dialogu, wzorowalam sie na tym co pamietam z czytanych ksiazek.

poniedziałek, 18 czerwca 2018
DWIE REFLEKSJE PRZY SPRZATANIU

Sprzatlam dzisiaj w domu i sluchalam sobie ksiazki, a dokladnie - “Falszywy Trop” - Henning'a Mankell'a . Na koncu powiesci, glowny bohater, komisarz policji, Kurt Wallander wybiera sie ze swoim ojcem, starszym panem po osiemdziesiatce, na wycieczke do Wloch. Kurt zdaje sobie sprawe z tego, ze moga to byc ich ostatnie dobre dni, bo wczesniej ojciec mial juz dwa ataki alzheimera, na ktorego choruje. Przed samym wyjazdem rozmawia ze swoja szefowa, ona chwali go za swietnie przeprowadzone sledztwo i pyta o planowany urlop i wypowiada, mniej wiecej takie zdanie: role sie odwracaja i potem my jestesmy rodzicami swoich rodzicow.

To zdanie przywolalao moje wspomnienia i refleksje, bo w zasadzie, "ja nie bylam rodzicem dla moich rodzicow". Kiedy oni juz wymagali pomocy i opieki, ja ich odwiedzalam, pierwsze jezdzac do nich z Warszawy, a potem z Londynu …

Ojceic chorowal na astme i pod koniec zycia wymagal pomocy i wszystkie te obowiazki spadly na brata, ktory z nim mieszkal. To brat chodzil z nim do lekarzy, na zakupy, placil rachunki ... To brat, za dnia i w nocy, musial znosic jego choleryczny charakter. To brat na codzien patrzyl, jak ojciec wbija sobie kolejny gwozdz do trumny, wypalajac kolejnego papierosa ...

 

Z mama bylo troche inaczej, bo ona mieszkala sama, a i jej choroba miala inny charakter i przebieg. Ojciec powoli, kazdego dnia, dobijal sie kazdym kolejnym papierosem, a u mamay jak juz rak sie ujawnil, to wszystko potoczylo sie bardzo szybko i bardzo dramatycznie. I w przypadku mamy to glownie siostra sie nia opiekowala, przychodzac do niej w kazdej wolnej chwili. To siostra jezdzila z mama po lekarzach, zalatwiala kolejne wizyty, robila kroplowki. To ona, przez caly ten okres ciagle chodzila niewyspana. Nie powiem, w opiece nad mama mialam juz wiekszy udzial, bo przez te 9 miesiecy jej choroby, bylam u niej kilka razy, za kazdym razem, mniej wiecej na tydzien i wyreczalam wtedy siostre jak sie dalo. Zawsze jak bylam, to sprzatlam mamie, bo na to siostra nie miala czasu. A nawet zalatwilam je opiekunke, w postaci mojej przyjaciolki, ktora tez byla bardzo pomocna. Pomimo wszystko mnie tam nie bylo i nie musialam patrzec codziennie na to, jak mama niknie w oczach.

 

I tak sobie pomyslalam, czy to ironia losu?, czy sprawiedliwosc dziejowa? … Bo tak sie dziwnie sklada, ze moi rodzice poswiecili mi w dziecinstwie najmniej uwagi. Mama najwieksza uwaga otaczala moja siostre, a moj ojciec brata, a ja gdzies tam posrodku poprostu sobie bylam … To siostra potrzebowala nowej kurtki czy butow … To brat, jak chcial samochod na baterie, zrobil swoj popisowy atak histeri i ojciec pobiegl do miasta i kupil mu go za ostatnie pieniadze … Oni oboje wedlug moich rodzicow, byli poszkodowani przez los, siostre olal jej ojciec, migajac sie nawet od placenia alimentow, a brat byl chory. A ja zawsze cicho siedzialam i nie potrafilam ani robic awantor o nowa kurtke, ani wpadac w histerie na widok lalki w kiosku …

 

A potem tak jakos sie to potoczylo, ze mieszkalam coraz dalej i dalej od mojego rodzinnego miasta i sila rzeczy, a raczej odleglosci, poprostu nie bylam w stanie sluzyc pomoca moim rodzicom wtedy, kiedy tego najbardziej potrzebowali.

 

I kiedy konczylam juz sprzatac lazienke i ksiazka na uszach tez juz prawie dobiegla konca, przyszla druga refleksja, ze musze ta swoja mysl zapisac. A kiedy juz usiadlam w fotelu, to stwierdzilam, ze mi sie nie chce, ale zaraz sie postawilam do pionu, bo juz przeciez nie raz tak bylo, ze przyszla do mnie jaks mysl, a mi sie nie chcialo i mowilam sobie, ze potem … , a potem znajdowalam jakas inna wymowke, a jeszcze potem mysl ulatywala w zapomnienie … Wiem, ze trzeba to zmienic, bo juz zbyt wiele fajnych, ciekawych mysli, tematow,  ulecialo mi w zapomnienie … Czy uda mi sie przezwyciezyc wlasne niechciejstwo? Nie wiem, bede sie strac, przeciez lubie pisac …

niedziela, 10 czerwca 2018
SEN O SPADAJACYM PASKU

Tuz przed wyjazdem do polski mialam sen, ktory bardzo mocno zapadl mi w pamiec i dal mi do myslenia:

Snilo mie sie, ze bylam na lotnisku i wlasnie przeszlam przez bramke, ta do wykrywania metalu. Zrobilam kilka krokow do przodu i zsunal mi sie pasek, ktory nie byl przeciagniety przez szlufki spodni i spadl na podloge. Chcialam sie schylic i go podniesc, ale byl taki straszny tlok, jak w autobusie w godzinach szczytu. Pasek lezal wokolo moich stop, a ja nie moglam sie schylic, ani wykonac jakiego kolwiek ruchu zeby go podniesc, moglam tylko przesuwac sie kroczek za kroczkiem do przodu. Kombinowalam, ze moze uda mi sie go zaczepic jakos o stope, ale ludzie napierali na mnie z tylu i pomimo mojego wysilku, aby przystanac w miejscu chociaz na moment, nie udalo mi sie to. I nagle pomyslam sobie: “na co mi ten pasek, przeciez spodnie mi z tylka nie spadna, on ich nie przytrzymywal, byl tylko ot tak zapiety … “ I chociaz jeszcze przez malenki moment mialam jakies opory, bo to przeciez moj pasek, to jednak nagle podjelam decycje, zeby go poprostu przekroczyc i zostawic i pojsc swobodnie dalej.

 

Kiedy rano sie obudzilam jaszcze czulam ten napierajacy tlum i to moje wachanie … A potem tak kolo poludnia, przyszla do mnie taka mysl, ze taki pasek cale zycie mnie krepuje, krepuje moje ruchy i nie pozwala pojsc do przodu ….

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 41