RSS
niedziela, 12 lutego 2017
JESZCZE NIE DO KONCA SIE POGODZILAM …

Zaczynam sie czuc lepiej, juz od jakiegos czasu nie sprawdzam opsesyjnie, po kilkanascie razy dziennie, mojej poczty, ani telefonu, bo moze jednak SMS. Widac, ze okres zaloby dobiega konca tak, bo zaloba to okres po stracie, nie koniecznie tylko po smierci kogos bliskiego.

Utrata wolontariatu byla i jest dla mnie nadal ogromna starta, z ktora tak do konca nie potrafie sie pogodzic, chociaz mysle, ze najgorszy okres mam juz za soba. Wraz z tym wolontariatem stracilam wiele, a najwazniejsze to: kontakt z ludzmi mowiacymi po angielsku i znajomosc z Barbara ktora bardzo polubilam. Byc moze stracilam rowniez szanse na inna, lepsza dla mnie prace, niz sprzatanie ktorego nie lubie. Co jeszcze starcilam, nie wiem … Najgorsze jest dla mnie to, ze skonczylo sie to nagle bez slowa wyjasnienia, dlaczego … A teraz cofam sie jezykowo, bo niestey nie mam z kim rozmawiac, w mojej pracy moge pogadac sobie tylko z kotem, teraz juz tylko z jednym. Mojego szefa, czy jego zone spotykam z czestotliwoscia raz na kwartal, zamieniamy wtedy kilka zdan i na tm sie konczy moj kontakt z angielskim. Pozostaje mi radio i jakies fimy na youtube, to jednak nie zastapi zywej rozmowy z drugim czlowiekiem. No coz, trudno sie mowi i zyje sie dalej, szkoda tylko, ze juz drugiego takiego wolontariatu nie znajde, przynajmniej ja nie wiedze takich szans.

To juz rok jak nie chodze do biblioteki, bo ostatni raz bylam tam dokladnie 9 lutego zeszlego roku i bardzo mi tego barkuje. Brakuje mi tej drogi do tam, kiedy zazwyczaj szlam bardzo szybko aby zdazyc na czas. Drogi ktora prawie kazdego dnia pokonywalam pieszo, bez wzgledu na pogode, w deszczu czy sloncu, w zime czy lato, lubilam to. I tej drogi powrotnej do domu, podczas ktorej odpoczywalam po wysilku psychicznym, szczegolnie w te dni kiedy mialam za zadanie do wykonania jakies telefony, albo jakas pomoc przy czyms co robili uczniowie i trzeba bylo wysilac mozg aby cos po angielsku powiedziec. Albo kiedy na przerwie bylo duzo wypozyczajacych ksiazki. Brakuje mi tez samych kontaktow z ludzmi, z tymi spotykanymi na korytarzu, czy w kantynie na przerwie, czasem ktos do mnie zagadal i ja musialam sie wysilic aby cos sensownego odpowiedziec. I samej pracy w bibliotece taz mi brakuje, nawet tych zadan ktore mialam do zrobienia na kompie, ktore pomimo tego, ze nie raz sparawialy mi duza trudnosc to jednak je lubilam, bo ciagle sie czegos nowego uczylam. Brakuje mi tez wielu innych rzeczy …

Ale to sie juz nie wroci, zal w sercu jeszcze tkwi … tkwi jak kolec ...

czwartek, 09 lutego 2017
Pozegnanie

Wczoraj rano, wczesnie rano odeszla moja kolezanka. Nie, nie bylam z nia blisko, ale i tak przykro mi. Chorowala dlugo, pierwsze miala raka piersi, byla operacja, chemia … czas … starch … bol … obawy … A potem wielka wygrana. Wygrana niestety okazala sie zluda, po niedlugim czasie chroba zaatakowala ze zwielokrotniona sila, w innym miejscu, w mzgu. Tu pojawil sie starch i zwatpienie, moze i beznadzieja zapukala do jej drzwi, bo jej matka zmarla wlasnie na raka mozgu, kiedy ona i brat byli dziecmi. Pomimo wszystko walczyla, bylo leczenie, ale wiesci ktore przekazywala mi Lucyna nie niosly nadziei … A te ostatnie byly coraz smutniejsze, utrata sil, niemoznosc przelykania, trudnosci z mowa i …

Jakos kilka miesiecy temu Lucyna doniosla mi ze, Kaski synus, nieudacznik pojechal do mamusi. Lucynie sie to nie podobalo, ale coz, mamusia przestala sponsorowac z wyspy to synus wsiadl w samolot i polecial, zerowac na mamusi chorobowym i benefitach, ktore pewnie miala w zwiazku z ciezka choroba i niezdolnoscia do pracy. A moze i dobrze, bo jak by nie bylo to syn i na koniec jednak sama nie byla. Kaska bardzo chciala wrocic do kraju, ale byla obawa, ze nie przezyje podrozy, bo samolot to zmiany cisnienia, a samochod to czas … Poza tym tu w Angli miala placone chorobowe i dobra opieke lekarska … wiec zostala do konca …

Kiedys chodzilam z nia do szkoly, do podstawowki. Ona z bratem chodzili do jednej klasy i wszyscy byli przekonani, ze Kaska i Maciek sa bliznietami, prawda byla taka, ze ona byla rok starsza. Nie wiem tez czy ktos wiedzial o tym, ze ich matka zmarla na raka mozgu. Ja wiedzialam, ze wychowywala ich babcia, bo rodzice zgineli w wypadku samochodowym. Ja nie bylam z nia blisko, bo ona byla w naszej klasowej swietej trojcy, a ja bylam na szarym koncu w tej hierarchi. Ta swieta trojaca to byly trzy dziewczyny, trzy ulubienice naszej wychowaczyni, prymuski, rodzynki. Kaske pamietam jako weslola, radosna, rozesmiana blondynke z dlugimi kucykami, siedzaca w pierwszej lawce. Nasze drogi sie rozeszly, kiedy ja po pierwszym polroczu piatej kalsy zmienilam szkole. Potem spotkalam ja moze dwa, albo trzy razy przed jej wyjazdem do UK, ona wtedy jeszcze nie wiedziala, ze wyladuje na wyspach, a ja juz tu bylam.

Nigdy bysmy sie nie spotkaly ponownie, gdyby moja przyjaciolka nie poznala jej brata. Donosila mi w SMS-ach, ze ma super faceta … Maciek to, Maciek tamto … I jednego razu kiedy ja i Lucyna akurat obie bylysmy w Polsce (ona wtedy w Norwegi pracowala), bedac u niej  spotkalam Macka, dziwne to bylo spotkanie po pobad 30 latach …Ja go nie poznalam, on mnie do strzalu i powiedzial mi, ze praktycznie nic sie nie zmienilam i poznal by mnie wszedzie. Na szczescie zwiazek ten sie rozpadl, nie mozna byc z alkocholikiem ktory bolesnie rani i niszczy bliskie sobie osoby.

Potem wlasnie u Lucyny, jak jeszcze byla z Mackiem, spotkalam Kaske. Wymienilysmy sie numerami telefonow i odszukalay na Naszej Klasie. Wspominalysmy stare szkolne czsy, kurde jak to brzmi, jak bym wlasna babcia byla.  Niestety ten kontakt urwal sie kiedy ja zamknelam konto na Naszej Klasie, a Kaska wyjechala za praca do UK. Potem to juz tylko od Lucyny dowiadywalam sie co u Kaski. O tym kiedy byla w Polsce, ze chciala sprzedac dom, bo nie bylo jej stac na remont, ze syn nie pracuje i nic nie robi zeby to zmienic, a ptem o chorobie …

Lucyna bardzo polubila Kaske i sympatia ta byla wzajemna. Mylse, ze nic sympati z czasem przerodzila sie w przyjazn. Lucynie jest teraz ciezko, odszedl ktos, kto byl jej bardzo bliski, mi tylko smutno …

Dla mnie i pewnie dla Lucyny tez, najbardziej przykre jest to, ze odeszla w chorobie, bolu i cierpieniu, bo dlaczego tak? … Na to pytanie nie ma odpowiedzi. Tak samo jak na to, dlaczego to wlsnie ona? A jej brat alkocholik nadal chleje i rani swoich bliskich i nie tylko …

I jak zawsze w takich chwilach mowie sobie, ze tam dokad odeszla juz jej nic nie boli, nie boi sie kolejnego dnia, cierpienie sie skonczylo.

I chociaz nie byla mi bliska, to pozostanie w mojej pamieci.

piątek, 16 grudnia 2016
I PRYSNAL MOJ SEN ZLOTY, JAK BANKA MYDLANA ...

W nocy ze srody na czwartek snilam sen … Tylko czy to jeszcze jest mozliwe? Chciala bym bardzo …

Jestem tam, w moim wymarzonym miejscu, nie wiem jak sie tam znalazlam, ale mam swaidomosc, ze nie za sprawa Barbary. Stoje w jakims duzym pomieszczeniu i rozmawiam swobodnie po angielsku z jakas kobieta. Wkolo mnie kreca sie studenci, jest przerwa. Jedna dziewczyna mowi cos do kolezanki po Polsku, wtracam jakas uwage rowniez po Polsku, ona mnie nie uslyszala, nie zwrocila uwagi na to co powiedzialam, jak bym nic nie powiedziala, ale to nie jest dla mnie wazne w tym momencie. Za przeszklona sciana, na zewnatrz widze Barbere i w pierwszym odruchu chce ja zawolac, pokazac sie, ze jednak tu jestem, ze jednak mi sie udalo, chce jej pokazac jaka jestem szczesliwa i dumna z siebie, ale cos mnie zatrzymuje. W glowie pojawia mi sie mysl, ze przyjdzie taka chwila kiedy sie spotkamy twarza w twarz, na przeciw siebie i wtedy zobacze jej reakcje, jak sie zachowa … A dzien w moim snie byl cieply i sloneczny.

Tak bardzo mi przykro, jestem taka rozgoryczona i siedzi to we mnie jak ten ciern ktorego nie mozna wyciagnac, a on kluje przy kazdym ruchu. Poniewaz nie bylo zadnej wiadomosci od Barbary przed koncem roku szkolnego, to ja wyslalam do niej maila przed moim wyjazdem do Polski, pod koniec wakacji. Kiedy wrocilam czulam sie wykonczona psychicznie, ale jak tylko doszlam do siebie wyslalam kolejnego maila, niestety nie doczekalam sie odpowiedzi. Potem jeszcze raz napisalam, tym razem na prywatna poczte i nic …Nie wiem dlaczego … A ja nawet Lucyne zaprosilam w trakcie feri w College'u, zeby miec czas dla niej.

Moja samoocena, ktora zawsze byla bardzo niska, a ktora z trudem jakos pozbieralam i posklejalam w calosc, znowu padla na dno i dotkliwie poobijala sobie facjate i boki, lezy tak teraz i mowi, ze sie nie ruszy … Moja pewnosc siebie cofnela sie w tyl i chetnie polozyla by sie obok mojej samooceny. Jezykowo cofam sie w tyl, bo co z tego, ze czytam i slucham radia, jakies dokumenty BBC oglada, a nawet czasem cos se napisze, jak nie mam z kim gadac.

A tak fajnie zapowiadala sie znajomosc z Barbara … I po co mi napisala: "nie zrywaj tej znajomosci"?

sobota, 26 listopada 2016
SOBOTNIE POGADUSZKI

Jak zwykle w sobote odwiedzila mnie moja stara znajoma. Przyszla z mloteczkami, kilofkami, tudziez z kafarem i zestawem perkusji. Perkusje rozlozyla na samym srodku w mojej glowie, mloteczki i kilofki rozdala malym, zlosliwym krasnoludkom i porozstawiala je wzduz kregow mojego karku, lupaly i stukaly, ze az milo … Z kafarem latala sama po calym wnetrzu mojej glowy, walac radosnie to tu, to tam … Przyszla wczesnym rankiem, jeszcze zanim zadzwonil budzik przed szusta i bezlitosnie wyrwala mnie ze snu, wywazajac taranem drzwi w mojej glowie. Kiedy budzik zadzwonil zwloklam sie z wyra, zeszlam na dol i wypuscilam chlopakow na pole. Polknelam ibuprom, dajac jej w ten sposob do zrozumienia, ze nie chce mi sie z nia gadac, nie zrozumiala aluzji. Zazwyczaj pije napar z imbiru, ktory skutecznie ratuje mnie w takich sytuacjach, ale niestety nie mialam zaparzonego, bo skonczyl mi sie zapas swierzego korzenia w lodowce. Wlozylam chleb do piekarnika zeby sie upiekl i powloklam sie z powrotem na gore, wlaczylam taimer i walnelam sie do wyra. Perkusja i kafar, do wtoru z pracowitymi, zlosliwymi krasnoludkami nie daly mi zasnac. Po godzinie i 20 minutach rozdzwonil sie timer dajac znac, ze chleb juz gotowy.

Zeszlam na dol, wpuscilam futrzaki i napelnilam im miseczki. Minio jak zwykle obwiescil mi wbiegajac do domu: “juz wrocilem, juz jestem widzisz mnie, daj jesc, jestem glodny”. Wylaczylam piekarnik, wyciagnelam chleb z foremki i polozylam na desce zeby ostygl. Po czym padlam na fotel w salonie. Po chwili przybiegl Minio i nie pytajac czy moze, uwalil sie na moich kolanach, wlaczajac od razu mruczando, ze fajnie ze jestem, ze fajnie ze dalam sniadanko, ze fajnie ze moze lezec na moich kolanach … Super, lubie tak i on tez, potwierdzil to wkladajac mi glowe pod pache. A w glowie szalona perkusja wybijala jakies straszne, piekielne techno, krasnoludki zgaly i stukaly niemilosiernie po kregach szyjnych, a kafar nap… w skroniach … To nie byly pogaduszki, to byl jakis koszmarny monolog ...

Zaczelo mi sie robic niedobrze, oj nie dobrze, ja nie moge byc glodna jak ta perkusja i kafar i te harce w mojej glowie. Wlaczylam laptopa i poszlam do kuchni zrobic sobie trzy kromeczki chleba z maslem. Uwielbiam taki swiezy, jeszcze lekko cieply z mnaslem i gdzies mam, ze to  niezdrowo, bo cieply, a to maslo to cholesterol, a z tym cholesterolem to bzdura. Nastawilam sobie kawe w imbryczku. Wracajac na fotel musialam pogadac z kotem, no bo wiesz dzisiaj jest sobota i dzisiaj ja tu siedze, na co on jak zwykle z przekora: “a dlaczego ty musisz, jak ja tu juz spie”. No pogadalim, przenioslam kotecka na podnozek i basta. Jak poszlam po kawe, to znowu pogadalismy o tym, dlaczego ja musze … jak on tam juz spi.

Zajrzalam na fejsa, napisalam corce komentarz pod filmikiem o Kasi smiechotkach – gilgotkach. Zajrzalam na kilka blogow, ale czytanie nie bardzo mi szlo … Ostatecznie wlaczylam sobie horror “Cos za mna chodzi”, w trakcie ktorego nawet udalo mi sie cos podziergac. A kiedy poszlam zrobic sobie herbate, podagalam z Rufusem ktory akurat zlazl na dol i jak to on, chcial COS. Zapytalam: “I co chcesz kotku? Chcesz to, czy tamto …?” Kotek siedzial chwile na srodku kuchni i myslal, jak to on. Sypnelam mu troszke chrupek na miseczke, o dziwio zjadl wszystkie, a potem podszedl pod drzwi i bez zastanawiania wyszedl gdy je otworzylam.

Potem kiedy bylam juz po kapieli i po zupie i nastawilam sobie druga kawe, czekajac az sie zrobi, pogadalam z kwiatkiem. A kwiatek mam ladny i bardzo go lubie. Rozmawialismy telepatycznie, wychwalilam go, ze taki piekny i tak cudnie mi kwitnie i ze na tych dwoch badylkach moge podziwiac az 10 cudownych kwiatkow. A tak przy okazji sesji fotograficznej na ktora sie zalapal, w trakcie odwracnia doniczki w te i wewte odkrylam, ze z pomiedzy lisci niesmialo wychodzi trzeci ped kwiatowy. Kupilam go sobie rok temu w pazdzierniku, kwiaty ktore wtedy mial od razu opadly i caly rok czekalam zeby zakwitl. Juz w wakacje przemawialam do niego czule i prosilam zeby nareszcie zakwitl i koncem wrzesnia bingo, juz mial paki kwiatowe na pierwszym pedzie. A teraz kwitnie na calego, juz od drugiej polowy pazdzeirnika i cieszy mnie swoimi kwiatami.


Storczyk - Odontoglossum


 


Nowy ped kwiatowy

A kiedy pilam druga kawe, pisalam SMS-a do Lucyny o tym, ze moja stara niezawodna znajomoma zbiera sie juz powoli do odejscia i pakuje swoje zabawki … Jednak nie do konca sie wyniosla, bo zapomniala chyba jakiegos bebna i zostawila mi te swoje zlosliwe i pracowite krasnoludki … ale o tym bolesnie upewnilam sie troche pozniej. Zapewnila mnie jak zwykle, ze jeszcze przyjdzie, bo ma mi jeszce tyle do powiedzenia a bardzo dobrze sie jej ze mna rozmawia ...

I pomimo tego, ze pogoda byla ladna i sloneczna, to na pogaduszki z wiewiorkami sie nie zmobilizowalam i pozostalam w swoim fotelu.

A na koniec, kiedy juz za oknem robilo sie ciemno, znowu pogadalam z kotem, ktory po przespaniu prawie calego dnia zszedl na dol i przyszedl do mnie.


Usiadl  sobie, tam gdzie zazwyczaj lezy laptop, ktory akurat byl na moich kolanach  i calym soba powiedzial mi: “no ja juz nie spie, ale jeszcze nie wiem co chce, bo jeszcze tak nie calkiem sie obudzilem, to sobie tu chwile posiedze … bo wiesz ze ...“

wtorek, 22 listopada 2016
Mieszkanie z ironia w tle

Ostatnia wymiana SMS-ow z przyjaciolka, natchnela mnie do przemyslenia i jako takiego poukladania sobie w glowie pewnych spraw. Nie wiem, ale moze jak to zrobie to pomoze mi to, wygrzebac sie z tego emocjonalnego dolka w jaki ostatino wpadlam.

Pisalysmy o moim gadaniu, o wolontariacie i robieniu czegos innego, oraz o moim mieszkaniu (musze sie nareszcie przyzwyczaic do tego, ze ono jest moje).

To tak jak w tytule stoi, zaczne od tego ostatniego:

Fragmenty naszych SMS-ow:

Lucna - … nawet sie poryczalam jak pomyslalam, ze kiedys przyjdzie mi sie z tad wyprowadzic. Znam sie tu z ludzmi, dobrze mi sie tu mieszka, dobra aura w mieszkaniu co nawet zauwazyla kolezanka z pracy, a byla u mnie 5min …

Ja - z tym mieszkaniem to taka ironia losu, jak nie mialam gdzie mieszkac to mama mnie zwodzila, jednego dnia dajac mi dzialke a drugiego odbierajac, a teraz mam mieszkanie i mam klopot, sprzedac nie warto a trzymac to koszty … a ja musze placic wysoki czynsz tutaj…

 Moja mama w 2006 roku wykupila swoje mieszkanie na wlasnosc i od razu przepisala je na mnie. Mieszkanie jest niewielkie, 36m kw, na osiedlu na ktorym mieszkalam przez 31 lat. Mama dostala go za opieke nad starsza osoba.

Tu taka mala dygresja: Wykupila je za pieniadze ze sprzedazy tej cholernej dzialki, ktora to cale lata mnie szntazowala, abym wziela slub koscielny. Nie dalam sie, bo po pierwsze czulam, ze nawet jak sie ugne to i tak nic z tego nie bedzie. A po drugie uwazalam, ze to bylo by poprostu nie uczciwie w stosunku do samej siebie. Niestety slub koscielny nie byl jedyna kwestia spornya miedzy mna i mama, bo druga bylo to, ze nie chodzilam do kosciola. A do kosciola przestalam chodzic jak mialam lat, chyba jakos 12-nascie i nie robie tego do dzisiaj. A dla mojej mamy kosciol i wszystko co z nim zwiazane, bylo najwyzsza wartoscia, wiec sam slub to byl by tylko poczatek. Koniec dygresji.

Wychodzi z tego, ze od 10 lat jestem wlascicelka mieszkania, ale jakos nigdy sie tak nie czylam. Pierwsze odwiedzalam mame przyjezdzajac do Bielska z Warszawy, a potem juz z Londynu. Mama kilka razy zadala mi pytanie: “co zrobisz z tym mieszkaniem jak ja umre?” Zawsze zgodnie z prawda odpowiadalam , ze nie wiem i wcale nie spieszy mi sie do jej smierci. Od kilku lat, ale jeszcze przed choroba, mama zaczela mowic i powtarzac, zebym nie sprzedawala mieszkania kiedy ona umrze. Ciagle powtarzala mi ze: “nie wiadomo jak bedzie, a tak masz mieszkanie i zawsze mozesz tu wrocic”.

A potem mama zmarla. Juz po pogrzebie, bedac sama w miszkaniu i pozadkujac rzeczy po niej, nie raz zastanawialam sie: “i co teraz?”

Jeszcze zanim pojechalam na pogrzeb, rozmawialam z A. i doszlismy do wniosku, ze najlepiej bedzie go sprzedac, mielibysmy troche kasy na wklad wlasny i moglibysmy wziac mortgage (pozyczke na mieszkanie). Niestety okazalo sie, ze akurat to nie jest dobry moment. Znajomy powiedzil mi, ze w Bielsku wybudowano sporo mieszkan i staly one puste, wiec ceny mocno spadly. Tak wiec pomysl ze sprzedaza upadl. Przed wyjazdem  z pomoca brata zaplacilam czynsz, przez internet, zeby nie tracic czasu na bieganie. Ustalilismy tez, ze on bedzie mnie informowal o oplatach, bedzie odbieral poczte i placil rachunki, a ja bede mu wysylac na to kase.

A potem dostalam SMS-a od Lucyny z zapytaniem: “czy moglabym zamieszkac u Ciebie, bo ciotka wymowila mi mieszkanie?” Moj A. kiedy przeczytalam mu ta wiadomosc powiedzial, ze od razu myslal o Lucynie. Hummm, ja tez o niej myslalam, ale jak ja wyjezdzalam to jej relacje z ciotka jeszcze byly jako takie, jako takie, bo one nigdy nie byly normalne i poprawne. A potem nagle kazala sie jej wyprowadzic, doslownie z dnia na dzien. Obie myslimy, ze kuzyneczka - kociareczka, maczala w tym palce, a ciotunia tez zagorzala wyznawczyni Jehowy posluchala coruni. I tym sposobem Lucyna zamieszkala u mnie, za czynsz, ja z przyjaciol w biedzie nie zdzieram.

A teraz sie jej odmienilo na lepsze i oby tak dalej i jeszcze lepiej, nalezy sie jej po tym wszystkim co w zyciu przeszla, a nie bylo ono uslane rozami. Tylko, ze teraz ja nie wiem jak dlugo jeszcze pomieszka u mnie, a jak sie wyprowadzi, to bede musiala placic czynsz i inne takie …

I to jest ta ironia losu, o ktorej pisalam Lucynie w SMS-sie. Cale zycie albo sie gniotlam z ojcem, znoszac jego choleryczna nature i pijanstwo brata, albo mieszkalam u kogos i placilam wysoki czynsz, zreszta nadal place komus i to nie malo. A teraz nie wiem co mam zrobic … bo sprzedac nie warto, a trzymac to koszt … I wcale nie jest tak jak mama sobie wymyslila, ze zawsze bede miala gdzie wrocic. Bo do czego ja mam wracac? Zeby wrocic trzeba miec za co zyc, a ani A. ani ja nie dostaniemy w kraju emerytury. Samo mieszkanie to nie wszystko … A ja nadal nie wiem co mam z tym fantem zrobic. 

A tak na marginesie mieszkanie ma naprawde dobra aure, gdy sie tam wchodzi od razu czuje sie taki spokoj i chce sie tam byc ... I co ja mam do cholery z tym fantem zrobic? Nadal  ie wiem ...

środa, 02 listopada 2016
Jesien z mojego okna i nie tylko ...

Postanowilam odciac sie od sprawy spedzajacej mi sen z oczu, na ile sie da. Niestety nie da sie odciac od tego jednym pociagnieciem noza i zapomniec, niestety ... Nie bedzie to latwe, ale postaram sie odsunac to na bok i przejsc niejako ponad tym do porzadku dziennego. Nie moge sie ciagle tym zadreczac, bo i tak wielkiego wplywu na to nie mam, a to co moglam zrobic nie odnioslo spodziewanego efektu, a wrecz przeciwnie, jest jeszcze gorzej. Wiec zostawiam to, odsuwam na bok, chociaz serce boli ...

Jedny z pierwszych krokow jest powrot do mojego miasta lisow, a jest o czym pisac ....

A za oknem i nie tylko, juz od jakiegos czasu jest jesien, chyba juz nawet pozna jesien, ale tutaj ona nie wyglada tak jak w Polsce, jest inna ...


Jesien z mojego okna, tego nowego ktorego nie lubie i nie polubie, wyglada wlasnie tak. A dokladnie, to jesien z ostatniego dnia pazdziernika. Jeszcze lezaly liscie na chodniku, bo bylo dosc wczesnie i niesmialo przeswiecalo slonko przez chmury. Potem, po poludniu przyszedl facet z warczaca dmuchawa i pozamiatal chodniki.


Nasz trawnik, ktory po dlugim czasie odzyskalismy i juz nawet zdazyla wyrosnac na nim nowa trawa, chociaz jeszcze miejscami tak nie do konca.


Teraz moge zrobic zdjecie tylko wychylac sie w prawa strone, w lewo niestey sie nie da, bo durne okno otwiera sie na zewnatrz.


Liscie jeszcze nie do konca pozolkly, jeszcze niektore drzewa sa calkiem zielone. Z mojego okna tak bardzo tego nie widac, ale w parku tych zielonych jest calkiem duzo, jak na ta pore roku.


Trawnik, po lewej stronie mojego patio, nie, nie sciemniam, ze nie da sie w ta strone wychylic, ja poprostu wystawilam lapy z telefonem za okno. I roza, jesienna, niesmiala, moze ostatania ... 


Poranki sa chlodne, a nawet mocno chlodne, Minio wie to najlepiej. Wrocil chlopak z porannego spaceru i dupke poszedl sobie zagrzac w cieplym kaciku. Tam za biurkiem jest naprawde ciplutko.


A to juz dzisiajszy ranek. Wstalam troche pozniej niz zazwyczaj i przywitako mnie slonko. Uwielbiam te 'moje lipy', uwielbiam na nie patrzec i wiosna i jesienia i zima i latem ... Kocham drzewa.


Zaslonka mi sie wykrusza, ale teraz juz nie jest potrzebna, slonko pozno wstaje, wiec nie razi w oczy. Tylko wiosna, zanim lipy pokryja sie gestym listowiem, slonko daje rankami popalic, wwiercajac sie pod jeszcze zamkniete powieki i razac jaskrawym swiatlem.


Patrzy w lusterko, czy nie? Oto jest pytanie ... On tak czasem robi, ze patrzy w lustro, na dole przy drzwiach wyjsciowych, na moje odbicie, gdy stoje na schodach. 


A kiedy wracalam ze sklepu, zlapalam na goracym uczynku, siedzial na blacie kuchennym ... Zdazylam pstryknac tylko dwa zdjecia, zanim zwial. Wystraszyl sie, nie poznal mnie, w polarku i czapce.


Moj storczyk, moje 'cudo' tez juz przekwita, ma swoja prywatna jesien, zreszta za kazdym razem jak kwiaty juz wiedna. Wiem nie wyglada zbyt okazale, ale to dlatego, ze jest z odzysku. I moze nie wyglada okazale, ale to niesamowita roslina, bo bez korzeni i praktycznie bez lisci kwitl jak szalony, a nawet ma dwoje dzieci. Ale o tym innym razem.


wtorek, 27 września 2016
:-)

Niedawno pojawil sie maly czlowieczek w naszej rodzinie

Nasza wnuczka Kasia skonczyla dzisiaj miesiac, a jej starsza siostra ma dzisiaj 16 urodziny.

piątek, 05 sierpnia 2016
>> >>

Jestam zmeczona tymi wakacjami. To nie jest dobre lato dla mnie, zdecydowanie nie. Chciala bym robic zupelnie inne rzeczy, niestety jast tak, jak jest …

Jestem rozzalona, zrezygnowana i nie wiem co jeszcze … , a przede wszystkim czuje ogromna bezsilnosc i ta bezsilnosc jest najgorsza.

Jak zatrzymac kogos w danym miejscu, kogos kto chcialby byc w zupelnie innym miejscu, z zupelnie innymi ludzmi i robic cos zupelnie innego, nie koniecznie dobrego, odpowiedniego dla niego samego …

To nie jest dobre lato, zdecydowanie NIE

czwartek, 07 lipca 2016
POWITANIE

W czwartek, tydzien temu wrocilam na Cedars i przywiozlam sobie wnuczke. Do domu dotarlysmy o wczesnej rannej, tak okolo 3-ciej. Gdy zamknelam za soba drzwi, na szczycie schodow pojawil sie szary cien, oznaczony biala plamka sliniaczka. Po chwilowym zatrzymaniu sie tam, dla przetworzenia informacji, oraz upewnienia sie, ze to jest naprawde TO, zbiegl noga za noga, nie dalo sie inaczej prezac sie, wijac i kulac jednoczesnie. W polowie wysokosci schodow wydal z siebie kwiko - mialk radosci, pierwszy raz slyszlam od niego taki dziwiek, a game dzwiekow ktore wydaje ma naprawde ogromna. Popiskujac wlozyl glowe pod moja wyciagnieta dlon i wlaszal sie w nia namietnie. Do tej pierwszej dolaczylam druga i glaskalam go chwile na dwie rece. A on wil sie i kulil pod moimi dlonmi.

Nie mialam czasu na pieszczoty i zyt dlugie wylewne powitanie, bylysmy okrutnie zmeczone i obie marzylysmy tylko o tym aby walnac sie do lozek. Tak jak prosilam, slubny rozlozyl goscinna kanape. Poszlam tlko na gore i przynioslam Mirze posciel, kiedy wychodzilam z naszej sypialni zamknelam w niej wijacego sie z radosci Minka. Popiskiwal tam w oczekiwaniu na mnie, siedzac na drapaku.

Kiedy juz polozylam sie do lozka, wskoczyl tam za mna i jak zwykle stanal za moja glowa i pisnal proszac o uniesienie kolderki. Wlazl pod nia i wtulil sie w moj bok, rozciagajac sie na cala swoja dlugosc.

W piatkowy poranek jeszcze chodzil za mna, popiskiwal, cieszac sie calym soba, ze nareszcie jestem. A dziadek powiedzial wnuczce, ze jak mnie nie bylo to Mino byl smutny.

A Rufus to zupelnie inna bajka. Pewnie spal gdzies, pewnie gdzies w salonie, moze pod rozlozona kanapa … kto go tam wie. W piatek rano wypuscilam go na pole, dalam mu snaidanko jak zwykle. Wpuscilam, wypuscilam itp … A potem jak zwykle w piatek o 13 –stej poszlam do pracy, zostawiajac wnuczke i futrzaki same w domu. Kiedy wrocilam po pracy, jakos przed 22- ga dom zastalam pusty w sensie, ze ludzi w nim nie bylo. Minka wypuscilam na pole. A Rufus okrecil sie pod drzwiami liczac na to, ze i przed nim sie otworza, ale o tej porze to jego juz nie wypuszczam, bo potem bym sie go nie dowolala.  A skoro drzwi pozostaly zamkniete, to on poszedl sobie gdzies, polozyc sie. Ja zrobilam sobie cos goracego do picia i wlaczylam laptopa. A kiedy postanowilam isc spac, jak zwykle nasypalam Rufusowi chrupki do kubeczka i chcialam go razem z nimi zamknac w salonie, ale on zwial mi na gore i wlazl pod biurko, za krecone krzeslo. Pobieglam za nim, wydobylam go z kryjowki i nagle Fifi sie obudzil, nagle go olsnilo, ze pancia juz jest. No zesz, ma on zaskok, z wiekiem coraz bardziej flegmatyczny. Zagonilam go do salonu i chcialam wyjsc, a on krecac sie mi pod nogami calym soba mowil, ale fajnie, ze juz jestes, ale dlaczemu teraz chcesz mnie tu zamknac jak ja chce sie z Toba przywitac. I to jest caly Rufus, w calej swojej okazalosci bardzo malego ruzumku. Nasz Kubus Puchatek i glupek wioskowy.  

poniedziałek, 20 czerwca 2016
Nie miala baba klopotu kupila se koze

Kozy co rawda nie kupilam, ale zaprosilam do nas brata, razem z dziewczyna i kupilam im bilety. Przylatuja jutro. Beda caly tydzien, chociaz wolala bym zeby ta ich wizyta trwala troche krocej, ale tak wyszlo jak kupowalam bilety, bo jak bym nie kombinowala wychodzilo duzo, duzo drozej. W tym kombinowaniu zreszta nie tylko o cene chodzilo, ale rowniez o to czy oni poradza sobie na lotnisku. O to czy sobie poradza w Pyrzowicach nie mam obaw, bo lotnisko jest male, a w razie W zawsze jest kogo zapytac, ale Stansted to juz inna bajka. Lotnisko Stansted jest male, jak na Londynskie warunki, ale tam jest ze setka bramek, a do jednych sie idzie piechota, a do innych jedzie pociagiem. A moi mili goscie ani me, ani be po Angielsku, oni to nawet “god morning” czy inne “senkju” nie znaja. Kombinowalam pierwsze zeby zalatwic tak jak Kaska (moja siostrzenica), kiedy babcie do siebie, do Norwegi zaprosila. Ona dprowadzila ja az do ostatniej kontroli dokumentow, czyli juz prawie do samolotu, chociaz nie mam pojecia czy tutaj by takie cos przeszlo. No co prawda ona zapewne powolala sie na wiek babki i na to, ze piewszy raz leci samolotem i moze sie zagubic, bo slowa po norwesku nie umie. Ja moglam zrobic podobnie i powolac sie na to, ze moj brat i jego luba maja probley mentalne, jak sie to tytaj ladnie mowi. Musiala bym Krzyska poprosic zeby zadzwonil na lotnisko i pomogl mi to zalatwic, bo on ma bardzo dobry angielski, a ja bym sobie z tak skomplikowana rozmowa nie poradzila. Ostatecznie stanelo na tym, ze skoro i tak bede leciec do Polski koncem czerwca po Mire, to oni przyjada pare dni wczesniej i poprostu ich odwioze. Tym sposobem rozwiazalam jeden problem.

Troche mnie ta wizyta przeraza, ale obiecalam to bratu jeszcze jak zyl ojciec, a obietnic nalezy dotrzymywac. Wczesniej nie bylo to mozliwe z roznych powodow, zreszta nie zaleznych ode mnie. Brat mial mase powaznych problemow, na wlasne zyczenie zreszta, a gdy zaczal juz z nich wychodzic rozchorowala sie mama i jego przyjazd znowu odsunal sie w czasie. Ja szanuje mojego brata, bo to dobry czlowiek jest, ale on moze zameczyc otoczenie swoimi opowiesciami. A jego opowiesci glownie traktuja o pracy i o tym co on tam robi i o jego wspolpracownikach i on tak potrafi w kolko caly dzien, a kiedy sie mu mowi zeby sie zamknal to jakby sie grochem o sciane rzucalo, bo zeby sie zamknal, to trzeba by go chyba zakneblowac. Tym sposobem czeka mnie caly tydzien wysluchiwania, az do urzygu, tego co tam panie dzieju u niego w pracy. Pocieche mam taka, ze w samolocie przynajmniej nie bede musiala juz tego sluchac, bo kupowalam bilety osobno im i sobie, wiec jest szansa, ze bede siedziec gdzie indziej, no chyba zebym  miala wyjatkowego pecha.

Nastepna obawa to zarcie, bo oni bardzo duzo jedza i pochlaniaja ogromne ilosci miecha, a wszystko jest suto omaszczone. No trudno u mnie zarcie w tluszczu nie plywa, za slono tez nie jest. Nagotowalam Ci ja caly gar fasolki po bertonsku i mysle, ze na dwa dni wystarczy. Nasmazylam kotletow, jak dla mnie ogromna ilosc, bo 8 a zazwyczaj robie 4, beda na dwa dni, ja ich nie jadam, wiec to tylko dla gosci i slubnego. Jutro jak dotrzemy do domu odgrzeje po kotlecie i a do nich mam ryz z warzywami, nie wiem czy jadaja taki, ale jak nie to poznaja nowy smak, moze akurat im zasmakuje. A potem to nie wiem, wymysli sie cos na biezaco. Jutro upieke jeszcze drozdzowke. Jakos to bedzie, glodzic gosci nie zamierzam tym bardziej, ze brat zawsze na moj przyjazd, specjalnie dla mnie bigos gotuje, a jego bigos to mistrzostwo swiata i to nie tylko w mojej opini, bo Lucyna twierdzi to samo.

 A teraz cos, czym moj brat rozwalil mnie totalnie. Objasnialam, piszac na fejsie co moze zabrac ze soba, a czego po zadnym pozorem nie. Tlumaczylam jak sie zachowac przy odprawie bagazowej  itp itd . A potem dostalam SMS-a o tresci: “czy ja moge zabrac ze soba laptopa dysk zewnetrzyny i wasny internet”. No szczeka mi opadla, nie podeptalam se jej tylko dlatemu, ze na fotelu siedzialam z nogami na podnozku, wiec daleko nie leciala. Zapytalam sie go, po jaka cholere mu to, a odpowiedz byla taka: “bo ja bede ogladal filmy i sluchal muzyki”. No zesz kurna, chlop pierwszy raz w zyciu uda sie dalej niz do Katowic, pierwszy raz poleci samolotem i przeleci prawie przez cala Europe tylko po to, zeby robic w miejscu w ktorym nigdy nie byl, to samo co w domu. On biedny nie wie tego, ze ja mam zamiar ich przegonic wszedzie tam gdzie sama nie pobladze. Nie po to ich zapraszam zeby mi tu po tej fasolce pierdzieli w domu, fasolki sie napchac i w droge wiatry puszczac. Wiele im  nie pokaze, bo ja to sie ciagle gdzies tu gubie, ale zaprowadze ich wszedzie tam gdzie nie dam rady sie zagubic. I on chcial brac ze soba £200, to po kiego grzyba mu taka kasa, u mnie w chacie ni jak jej wydac no chyba, ze chce ja dac mi, ja chetnie przygarne. Na Oxford Street ich zaprowadze, to se jakies pamiatki kupia. Rano bede zarzadzac robienie kanapek, chleb upieklam to jest z czego a jak sie bedzie konczyl to nowy zrobie, a potem w droge. I tak bede ich przeganiac we wtorek, srode, czwartek i sobote, w piatek nie bo do roboty ide, ale zanim sie tam udam to mam zamiar przespacerowc ich po parku. A w niedziele przed wylotem do Polski, zrobie im instruktazowe zwiedzanie lotniska Stansted, zebym wiecej nie musiala ich odwozic. A filma to se moga obejrzec wieczorem, z mojego internetu, na ktoryms z naszych laptopow, jak jeszcze beda miec sily.

Bedzie ten moj brat mial tu u mnie jeszcze jedna biede, bo u mnie w kuchni na szafce stoja buteleczki, mniej lub wiecej wypelnione roznistymi ankocholami, a ja nie zamierzam mu polewac. Brat moj ma niestety problem z alkocholem, a jak se chalpnie to wtedy nawet zaklebnowanie by nie pomoglo, wiec wole zeby na trzezwo snul swoje opowiesci dziwnej tersci.

Mysle, ze dam rade i przezyje ta wizyte, nadzieja jest w tym, ze jak juz bede w Bielsku to spotkam sie z Lucyna i odreaguje. Postaram sie tez, naprowadzic tego mojego brata na inne tematy.

A zamiast laptopa kazalam mu, zeby zabrali kurtki ktore ochronia ich od deszczu i wiatru, oraz buty ktore nie przemakaja, to sie im zdecydowanie bardziej przyda.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 39