RSS
poniedziałek, 18 czerwca 2018
DWIE REFLEKSJE PRZY SPRZATANIU

Sprzatlam dzisiaj w domu i sluchalam sobie ksiazki, a dokladnie - “Falszywy Trop” - Henning'a Mankell'a . Na koncu powiesci, glowny bohater, komisarz policji, Kurt Wallander wybiera sie ze swoim ojcem, starszym panem po osiemdziesiatce, na wycieczke do Wloch. Kurt zdaje sobie sprawe z tego, ze moga to byc ich ostatnie dobre dni, bo wczesniej ojciec mial juz dwa ataki alzheimera, na ktorego choruje. Przed samym wyjazdem rozmawia ze swoja szefowa, ona chwali go za swietnie przeprowadzone sledztwo i pyta o planowany urlop i wypowiada, mniej wiecej takie zdanie: role sie odwracaja i potem my jestesmy rodzicami swoich rodzicow.

To zdanie przywolalao moje wspomnienia i refleksje, bo w zasadzie, "ja nie bylam rodzicem dla moich rodzicow". Kiedy oni juz wymagali pomocy i opieki, ja ich odwiedzalam, pierwsze jezdzac do nich z Warszawy, a potem z Londynu …

Ojceic chorowal na astme i pod koniec zycia wymagal pomocy i wszystkie te obowiazki spadly na brata, ktory z nim mieszkal. To brat chodzil z nim do lekarzy, na zakupy, placil rachunki ... To brat, za dnia i w nocy, musial znosic jego choleryczny charakter. To brat na codzien patrzyl, jak ojciec wbija sobie kolejny gwozdz do trumny, wypalajac kolejnego papierosa ...

 

Z mama bylo troche inaczej, bo ona mieszkala sama, a i jej choroba miala inny charakter i przebieg. Ojciec powoli, kazdego dnia, dobijal sie kazdym kolejnym papierosem, a u mamay jak juz rak sie ujawnil, to wszystko potoczylo sie bardzo szybko i bardzo dramatycznie. I w przypadku mamy to glownie siostra sie nia opiekowala, przychodzac do niej w kazdej wolnej chwili. To siostra jezdzila z mama po lekarzach, zalatwiala kolejne wizyty, robila kroplowki. To ona, przez caly ten okres ciagle chodzila niewyspana. Nie powiem, w opiece nad mama mialam juz wiekszy udzial, bo przez te 9 miesiecy jej choroby, bylam u niej kilka razy, za kazdym razem, mniej wiecej na tydzien i wyreczalam wtedy siostre jak sie dalo. Zawsze jak bylam, to sprzatlam mamie, bo na to siostra nie miala czasu. A nawet zalatwilam je opiekunke, w postaci mojej przyjaciolki, ktora tez byla bardzo pomocna. Pomimo wszystko mnie tam nie bylo i nie musialam patrzec codziennie na to, jak mama niknie w oczach.

 

I tak sobie pomyslalam, czy to ironia losu?, czy sprawiedliwosc dziejowa? … Bo tak sie dziwnie sklada, ze moi rodzice poswiecili mi w dziecinstwie najmniej uwagi. Mama najwieksza uwaga otaczala moja siostre, a moj ojciec brata, a ja gdzies tam posrodku poprostu sobie bylam … To siostra potrzebowala nowej kurtki czy butow … To brat, jak chcial samochod na baterie, zrobil swoj popisowy atak histeri i ojciec pobiegl do miasta i kupil mu go za ostatnie pieniadze … Oni oboje wedlug moich rodzicow, byli poszkodowani przez los, siostre olal jej ojciec, migajac sie nawet od placenia alimentow, a brat byl chory. A ja zawsze cicho siedzialam i nie potrafilam ani robic awantor o nowa kurtke, ani wpadac w histerie na widok lalki w kiosku …

 

A potem tak jakos sie to potoczylo, ze mieszkalam coraz dalej i dalej od mojego rodzinnego miasta i sila rzeczy, a raczej odleglosci, poprostu nie bylam w stanie sluzyc pomoca moim rodzicom wtedy, kiedy tego najbardziej potrzebowali.

 

I kiedy konczylam juz sprzatac lazienke i ksiazka na uszach tez juz prawie dobiegla konca, przyszla druga refleksja, ze musze ta swoja mysl zapisac. A kiedy juz usiadlam w fotelu, to stwierdzilam, ze mi sie nie chce, ale zaraz sie postawilam do pionu, bo juz przeciez nie raz tak bylo, ze przyszla do mnie jaks mysl, a mi sie nie chcialo i mowilam sobie, ze potem … , a potem znajdowalam jakas inna wymowke, a jeszcze potem mysl ulatywala w zapomnienie … Wiem, ze trzeba to zmienic, bo juz zbyt wiele fajnych, ciekawych mysli, tematow,  ulecialo mi w zapomnienie … Czy uda mi sie przezwyciezyc wlasne niechciejstwo? Nie wiem, bede sie strac, przeciez lubie pisac …

niedziela, 10 czerwca 2018
SEN O SPADAJACYM PASKU

Tuz przed wyjazdem do polski mialam sen, ktory bardzo mocno zapadl mi w pamiec i dal mi do myslenia:

Snilo mie sie, ze bylam na lotnisku i wlasnie przeszlam przez bramke, ta do wykrywania metalu. Zrobilam kilka krokow do przodu i zsunal mi sie pasek, ktory nie byl przeciagniety przez szlufki spodni i spadl na podloge. Chcialam sie schylic i go podniesc, ale byl taki straszny tlok, jak w autobusie w godzinach szczytu. Pasek lezal wokolo moich stop, a ja nie moglam sie schylic, ani wykonac jakiego kolwiek ruchu zeby go podniesc, moglam tylko przesuwac sie kroczek za kroczkiem do przodu. Kombinowalam, ze moze uda mi sie go zaczepic jakos o stope, ale ludzie napierali na mnie z tylu i pomimo mojego wysilku, aby przystanac w miejscu chociaz na moment, nie udalo mi sie to. I nagle pomyslam sobie: “na co mi ten pasek, przeciez spodnie mi z tylka nie spadna, on ich nie przytrzymywal, byl tylko ot tak zapiety … “ I chociaz jeszcze przez malenki moment mialam jakies opory, bo to przeciez moj pasek, to jednak nagle podjelam decycje, zeby go poprostu przekroczyc i zostawic i pojsc swobodnie dalej.

 

Kiedy rano sie obudzilam jaszcze czulam ten napierajacy tlum i to moje wachanie … A potem tak kolo poludnia, przyszla do mnie taka mysl, ze taki pasek cale zycie mnie krepuje, krepuje moje ruchy i nie pozwala pojsc do przodu ….

piątek, 08 czerwca 2018
W TELEGRAFICZNYM SKROCIE ... czesc II

W styczniu przezylismy dni grozy, A to za sprawa Rufusa. Zauwazylam, ze cos jest nie tak, mocno nie tak ... cos mi nie pasowalo, zamknelam drzwi przed nosem i okazalo sie, ze kot nie sika. Rano powiedzialam ’A’ jak ja sprawy widze i ze bede potrzebowac jego pomocy w celu, zeby wety nie wcisnely mi czegos, czego sobie nie zycze. Kiedy tylko otworzyli moja lecznice pobieglam i zamowilam wizyte, potem dalam znac slubnemu o ktorej godzinie to bedzie.

Poszlismy z mysla, ze mozemy wrocic juz bez niego …

Potem zamiescilam na facebook’u post w ktorym napisalam:

 

11 stycznia ·  Pan kotek jest chory .. nie jest dobrze ... po tabletce i zastrzyku u weta zachowuje sie jak kot wybudzajacy sie z narkozy ... ale zamierzony efekt zostal osiagniety, bylo siku ... Nie wiadomo co bedzie dalej, jutro rano znowu idziemy do weta …

 

Teraz mowimy o Rufusie - ‘Fenixs’ bo odrodzil sie z popiolow jak ten mityczny ptak.

Ostatnio jak bylismy u weta, miesiac temu, na co polroczne testy krwi i po recepte na jego leki, wyniki nerkowe nie byly dobre i trzeba to badanie powtorzyc.

 

W marcu zrobilam sobie prezent na urodziny, w postaci biletow do Polski. Bylo cudnie. Spedzilam caly tydzien z Lucyna i razem pojechalysmy do Przeworska, do Magdy. Tam oczywiscie odwiedzilam ciocie Marysie i Kornela. Nie udalo mi sie spotkac z Alicja, moze gdyby odpowiedziala na mojego SMS-a to jakos bym czas naciagnela, ale … mowi sie trudno i zyje sie dalej.

Kiedy wrocilysmy do Bielska, oczywiscie odwiedzilam tez brata i to niejednokrotnie, bo mieszka w bloku obok. Niestety siostra jak zwykle nie odpowiedziala na mojego SMS-a, a chciala sie godzic …

 

Udalo mi sie spotkac z druga Lucyna i zobaczyc na zywo jej nowa sunie - Shanti, bo koty: Duzego i Malego mialam okazje poznac kiedys tam, wczesniej. Zostalam tez zaproszona do udzialu w grze, zaproszenie przyjelam i nie zaluje, bo spedzilam fantastyczny czas.

 

Odwiedzilam swoja klezanke Elwire i chociaz wieki cale sie do mnie nie odzywala, to w odpowiedzi na mojego SMS-a oddzwonila na WhatsApp, nawet nie wiedzialam, ze ma i korzysta. Byla to bardzo przykra wizyta, a to za sprawa tego czego sie dowiedzialam, o tym jaki los corki zgotowaly matce, a moze byc jeszcze gorzej …

 

Tym razem nie udalo mi sie spotkac z Ela, ale mam nadzieje, ze nastepnym razem sie uda.

 

Smutno bylo mi wyjezdzac i jak zwykle czasu bylo za malo i jak zwykle nie nagadalam sie z Lucyna … Mam zamiar to powtorzyc.

 

Pierwsze koncem lutego odwiedzila nas Anka, razem ze swoim facetem. Potem w polowie marca napisala do mnie, czy chce sprzatnie. Jasne, ze chcialam. Poprosilam ja tylko zeby powiedziala, ze ja teraz lece do Polski i zeby raczej do mnie nie dzwonic, bo mam z tym duzy problem, ale kontaktowac sie ze ma SMS-ami. Potem bedac juz w Polsce, dostalam SMS-a od Ruperta. W odpowiedzi przypomnialam mu, ze jestem w Polsce i odezwe sie jak tylko wroce.

Po powrocie umowilismy sie na rozmowe, przy okazji ktorej pokazal mi dom i ustalilismy ilosc godzin i wysokosc wynagrodzenia. I tak, w poswiateczny wtorek zaczelam u niego sprzatac. Kiedy przyszlam pierwszy raz, byly u niego akurat dzieci i mnie wpuscily, ale klucze dla mnie juz lezaly na poleczce. Znowu mam daleko, ale dojazd jest fajny, bo jade metrem, a potem przesiadam sie na pociag i jeszcze musze dojsc jakies 15 minut piechota. Mogla bym autobusem, ale on jezdzi jakos co 10 min, to mi sie nie oplaca, bo w czasie moglo by wyjsc dluzej.

 

A z ciekawostek, to ostatnia zima dala nam ostro popalic. Byla to najostrzejsza zima jakiej tutaj doswiadczylam, przez te 10 lat, od kiedy tu mieszkam. Byl to zima z mrozem i sniegiem. Ciezko bylo nagrzac chalupe, nawet pomimo tego, ze budynek zostal ocieplony i okna sa nowe. Odczulismy to zimno nie tylko w gnatach, ale i w rachunku za gaz.

W TELEGRAFICZNYM SKROCIE ... czesc I

Od tego czasu, kiedy w marcu zeszlego roku, bieglam po paczki, a potem do lekarza, dzialo sie i to i tamto i jeszcze cos innego, bo wiadome jest, ze nigdy nie jes tak, zeby nic sie nie dzialo. To po kolei, tak po krotce, postaram sie to w zdania poukladac …



Wielkanoc spedzilismy u corki i byly to pierwsze nasze siweta w Polsce od 2009 roku gdzie, wtedy jechalismy po koty.

Swiateczny czas spedzilismy bardzo przyjemnie. Nareszcie mielismy okazje pierwszy raz zobaczyc, na zywo, nasza mlodsza wnuczke, ktora miala juz wtedy 8 miesiecy. Moglismy tez zobaczyc to, co juz udalo sie mlodym zrobic w mieszkaniu, na ktore dostali od nas kase w prezencie slubnym. A o swietach i malej Kasi napisze wiecej …


Tuz przed wyjazdem do Polski, moj rozowy odmowil wspolpracy. Moj slubny kilka razy podchodzil do tematu i probowal go reanimowac, ale jego dzialania nie odnisly pozadanego skutku. Kiedy wrocilismy po swietach, probowal postawic system na nowo i cos tam jeszcze zrobic, ale nic z tego nie wyszlo. Ostatecznie orzekl, ze z tej maki juz chleba nie bedzie, bo zdechala albo grafika albo plyta glowana, a ze w tym modelu sa one zintegrowane (cokolwiek to znaczy), to nie oplaca sie tego wymieniac. Niestety czesc moich danych poleciala sobie w kosmos jak sputnik jakis i niestety nie wrocila juz na ziemie. Moj ‘A’ zakupil mi na ebay nowego, uzywanego lapka, tym razem czarnego. Niestety musialam czekac, az bedzie mial wolna chwile, zeby mi zrobic z nim wszystko tak abym mogla z niego korzystac. Niestety, moje dane nadal siedza na dysku w kompie mojego ‘A’, a to dlatemu, ze w wakacje nie mialam ani czasu, ani sily zeby je sobie poprzezucac, a potem jego komp byl odmowil wspolpracy, bo cos sie tam przy dysku wylamalo i tak to wisi do dzisiaj, chociaz nie do konca, bo jak syn byl u nas ostatnio, to odzyskalam czesc, moich ocalalych danych, ale zdjecia i to co mialam w folderze ‘dokumenty’ tkwi tam nadal. Ten ambarans z lapkiem, byl jedna z przyczyn mojego znikniecia ze sterfy blogowej.

 

Wymyslilam sobie, ze w wakacje bede zwiedzac pobliskie parki. Plan byl piekny, bo i zdjecia juz widzialam oczami wyobrazni, ale niestety nic z tego nie wyszlo, a juz zrobilam rozeznanie na ‘googel maps’.... Musze to powiedziec, ostatnie wakacje byly najgorszymi w moim zyciu, a to za sprawa tego, ze wnuczka przyjechala razem ze swoim chlopakiem i tego, ze razem z nia podjelam najgorsza prace w swoim zyciu, ale opisanie tego wymaga dluzszego postu.

 

Caly czas, nie moge odzalowac straty, mojego wolontariatu w bibliotece. Myslalam i wymyslilam, ze moze schronisko … I tak, na poczatku lipca wyslalam online, aplikacje na volontariusza do Battersea Dogs & Cats Home, dostalam odpowiedz, ze dziekuja mi za moja aplikacje i odezwa sie do mnie w stosownym czasie … Na dzien dzisiejszy stosowny czas nie nadszedl … Widac nie chca mnie tam … Moja dotacje biora bardzo chetnie i zawsze wysylaja maila z podziekowaniem, ale …  Nie mam pomyslow … Nie mam kontaktu z ludzmi mowiacymi po angielsku ...

 

Mielismy super wspollokatorke - Anke. Anka to kolezanka Krzyska, poznal ja na jakiejs facebook’owej grupie dla samotnych w Ladynie. Anka zamieszkala z nami koncem stycznia 2016 roku i swietnie sie z nia mieszkalo. Niestety postanowila zamieszkac ze swoim facetem. U nas zajmowala najmniejszy pokoik, ktory nie nadaje sie dla dwoch osob i dlatemu postanowila sie wyprowadzic.  I tak jakos koncem lipca, spakowala swoj dobytek w pudelka i tobolki i pomachala nam na dowidzenia.

 

Na miejsce Anki przyszedl Darek. Osobnika owego moj slubny znalazl na ‘Londynku’, bo potrzebowal ludzia do pracy. Darek byl bezkonfliktowy, nie gotowal, lodowka mogla by dla niego nie istniec, praktycznie nie korzystal z kuchni, za caly okres mieszkania z nami kilka razy zrobil sobie cos goracego do picia. Regulagnie korzystal tylko z lazienki i kibelka. Gosciu ten zywil sie procentowymi potrawami w plynie i caly czas, poza praca, spedzal w swoim pokoju, bo ciagle byl zmeczony. Przytargal tez ze soba swoje zwierzatka, ktorych istnienie zatail przed nami, a mial ich cale mnostwo … Po dwoch nocach spedzonych u nas, pokazal nam jak jest pogryziony i wtedy podejrzenie padlo na Anke, ze to niby ona, przytargala paskudztwo z jakiejs swojej podrozy. Dobrze, ze od razu sie pochwalil swoimi ranami, bo szczescie w nieszczesciu, nie rozlazly sie te jego "milusinskie zwierzaczki" po mieszkaniu. Walczyliscmy dzielnie i ta wojene wygralismy, na szczescie wygralismy, bo nikt przeciez nie chce, zeby go po dupie pluskwy gryzly.. A sam Darek, na kilka dni przed Bozym Narodzeniem popakowal wszystkie swoje manatki i zjechal do Polski, wspierac swoja rodzine w trudnym dla niej czasie.

 

To Boze Narodzenie, bylo drugim, kiedy corka do nas nie przyjechala i drugim ktore spedzilismy wspolnie z Markami. Tu krotkie wyjasnienie, to Lucyna uzyla tego okreslenia, kiedy pisalam do niej cos na WhatsApp, o Marku i jego wybrace serca Dorocie i spodobalo mi sie, jest takie staroswieckie. Czyli jak to w zyciu bywa: cos sie konczy i cos sie zaczyna, skonczyl sie czas kiedy corka do nas na swieta przyjezdzala, zaczal sie czas kiedy my jezdzimy na swieta do Markow. Ale o tym szezej innym razem …. 

 

A po swietach zwykle nastepuje Sylwester i tu byla rewizyta Markow. Co prawda balow, harcow, fajerwerkow i dzikich wygibasow nie bylo, ale milo razem spedzilismy czas i toast noworoczny zostal spelniony i wszystkim nam licznik przeskoczyl do przodu, nie pomijajac moich starych kocorow.



W ostatni poniedzialek pazdziernika zaczelam sprzatac u pani Agnieszki. Natrafilam na jej ogloszenie na facebook’u, na grupie ‘Miaszkamy w Londynie’, w sobote (28.X), a w poiedzialek juz u niej sparzatalam. Przy okazji drugiej mojej wizyty dostalam klucze do mieszkania, chociaz wcale nie byly mi potrzebne, bo jak przychodzilam rano to zawsze ktos jeszcze byl w domu, a potem wystarczylo zatrzasnac drzwi.  Na czas swiateczny panstwo ‘D’ wyjechali, a ja przyjezdzalam dogladac papugi i perliczki i zrobic cos extra. Do ptactwa wystarczylo zagladac raz w tygodniu, w celu zmienienia wody w poidlach i ewentualnego dosypania karmy do pojemnikow. Wszystkie ptaszyska, w liczbie kilku papug i dwoch perliczek, przezyly w dobrym zdrowiu pod moja opieka. Calkiem dobrze mi sie tam pracowalo i troche bylo mi szkoda, chociaz bylo to, jak dla mnie bardzo daleko, bo do Heathrow z tamtad bylo o rzut beretem.

Na koniec mojej parcy dostalam takie referencje, ze az mi szczeka opadla, poczulam sie bardzo deceniona. I tak po trzech miesiacach, skonczyla sie moja praca na koncu swiata.

środa, 30 maja 2018
TO BEDZIE AUTO REKLAMA …

Nigdy tutaj jeszcze o tym nie pisalam, ze lubie sobie podziergac. Lubie i druty i szydelko, chociaz ostatnio bardziej lezy mi to drugie.

Jakis czas temu wpadl mi do glowy pomysl, ze mozna by sprobowac robic cos ladnego i moze udalo by sie to nawet sprzedawac. A ze lubie, szczegolnie zima jak wieczory dlugie, pozapalac sobie jakies swieczki czy inne lampioniki, to padlo na cos w tym rodzaju. Pomysly powoli rodzily sie w mojej glowie i chociaz piersze zrobilam jakies podkladki pod kubki, to jednak powoli zaczely powstawac szydelkowe lampiony.



 

Na tym zdjeciu jest tez moja czapka, czapka wiosenna, ktora bardzo lubie.


Zalozylam sobie fanpage na facebook’u i tam zamieszczam posty z moimi pracami. Szkoda tylko, ze nie ma zadnego zainteresowania moimi lampionami i jak narazie rozdaje je jako prezenty po rodzinie.

 


 

Te pojechaly ze mna ostatnio do Polski i obdarowalam nimi krewnych i znajomych krolika. Sowe dostala mlodsza wnuczka, ten ze sznurka jutowego ciocia Marysia (kuzynka ojca), ten kolorowy wybrala sobie corka, ten z kwiatuszkami dalam pani Basi (Kornel i jego zona Basia to nasi przyjaciele z Przeworska), a w zabie zakochala sie moja przyjaciolka.


Dla zainteresowanych zostawiam tu adres mojego fanpage


https://www.facebook.com/handmadebydina/


Goraco zapraszam, Wszystkich moich czytaczy, do obejrzenia moich prac. Zapraszam rowniez do polubienia mojej strony i podlajkowania postow i zdjec. Komentarze rowniez sa bardzo milo widziane :-)


A na koniec jeszcze moj czerwony lapacz snow, ktory zostawiam tu dla Was, na moim fanpage go jeszcze nie ma.



sobota, 26 maja 2018
DZIEN MATKI

Rano zadzwonil syn z zyczeniami, potem gadalismy i gadalismy … o kakale, o witaminie C, o bakteriach na kuchennym zmywaku … W miedzy czasie na mesendzeera dobijala sie corka …  A my gadalismy jeszcze o czyms tam i skonczylismy na pasozytach. Cala nasza dyskusje zakonczyl Rufus, puszcajac mi romantycznego pawia w prezencie.

Kiedy uprzatnelam “prezent” oddzwonilam do corki i ona tez zlozyla mi zyczenia i powiedziala, ze szkoda, ze jestem tak daleko, bo:

 

A, co zaprosila bys mnie na kawe? zapytalam

 

No tak i posiedziala bys ze mna na balkonie, wsrod moich kwaitow i na dzialke bym Cie zabrala

 

A, ze gadalysmy na czacie z wideo to patrzylam co tam mala Kasia wyrabia, a jest na co popatrzec, bo ona to zywe srebro i ciagle jest w ruchu.

Kwiatkow i prezentow nie bylo, niestety na kwiatki to mieszkamy za daleko od siebie. Nawet syn, ktory niby, ze tez mieszka w Londynie niby, bo tak po prawdzie to oni mieszkaja juz poza Londynem, jadac do mnie musi pokonac odleglosc prawie jak z Bielska do Katowic, 1.5h transportem miejskim. Chociaz tak po prawdzie nie kwiatki sa najwazniejsze, a pamiec, to ze pamietaja jest dla mnie bardzo mile.



 

A ja już swojej mamie kartki nie wyślę, życzeń nie złożę i kwiatów nie dam... A to są lilie które dałam jej w 2006 roku, a ona je dla mnie namalowala... Obraz przywołuje wspomnienia: mieszkałam wtedy w Warszawie i przyjechałam na kilka dni do Bielska, a to były jedyne żółte kwiaty w kwiaciarni, mama bardzo lubiła żółte kwiaty, pani pakując mi je, bardzo zachwala mój wybór i mówiła, że będą długo stały i miała rację, bardzo długo cieszyły oko mojej mamy.

 

Zamiescilam sobie post ze zdjeciem tego obrazu i tym tekstem na facebook’u, a moja zanjoma Ela tak mi to skomentowala:

 

I Twoje cieszą do dziś.... Rzeczywiście, pani z kwiaciarni miała rację - długo stoją i jeszcze postoją. Piękna anegdota Małgoś

 

Na co jej odpowiedzialam:

 

Można to i tak ująć... A pani znała się na swim fachu, odżywkę mi dała, objaśnia jak o nie dbać, a same kwiaty stały w wazonie chyba z miesiac.


Ela ma racje, te lilie jeszcze dlugo moje oko beda cieszyc i beda przynosic ze soba wspomnienia, zreszta tak jak cala reszta obrazow, namalowanych przez moja mame dla mnie.

czwartek, 24 maja 2018
PIWONIE

W srode dostalam SMS-em zdjecie od przyjaciolki


 

Sa to piwonie mojej mamy, posadzila je pod oknem w ogrodku, o ktory sobie dbala dopoki mogla. Mamy juz nie ma, prawie 3 lata ... a piwonie nadal rosna i peknie kwitna. Mialam zamiescic sobie to zdjecie na fejsie, ale pomyslalam sobie, ze lepiej nie, bo nigdy nie wiadomo jakim psim swedem, a moglo by to dotrzec do mojej siostry, a ona potem pewnie bedzie miala jakies ale … albo sie jej uzali i pojedzie tam i je wykopie, tak jak sobie to planowala zaraz po smierci mamy. A niech sobie te piwonie tam rosna i kwitna i ciesza oko Lucyny, ktora nadal mieszka u mnie, pozwala kwiatom rozkwitnac, a potem je scina, aby jakis usluzny sasiad jej nie uprzedzil i wysyla mi zdjecie.



 

Tutaj zdjecie z ubieglego roku

Patrze na to zdjecie i mysle o mamie, ona bardzo lubila te piwonie. Niech narazie rosna sobie tam. Gdyby siostra je zabrala i posadzila w soim ogrodzie, nie miala bym nic przeciw, ale ona moze je dac siostrze swojego meza, tak jak zrobila ze storczykami po mamie. Pierwsze krecila nosem, ze u niej to one nie beda rosly, bo ma okno od poludnia i wszystkie jakie kiedykolwiek miala jej padaly, ale jak uslyszala, ze pytam Lucyne czy by nie chciala, to od razu powiedziala, ze zabiera wszystkie i da je Wiesce. Ja, Lucyna i Magda popatrzylysmy tylko po sobie i nic nie powiedzialysmy, bo po co, ja wiadomo do samolotu bym ich nie zabrala, Magdzie wszystko marzlo na oknie, a Lucyna ogolnie nie ma reki do roslin …

A dzisiaj Magda zapytala mnie, jak gadalysmy przez messenger'a, czy te piwonie tam jeszcze sa, bo jak tak to ona posadzila by je sobie na dzialce. Powiedzialam jej, ze jak tak to niech sobie je zabierze, tylko niech wczesniej skontaktuje sie z Lucyna i jaj o tym powie. Lepiej zeby rosly u mojej corki, niz u jakiegos usluznego sasiada ...

czwartek, 17 maja 2018
Tak sie zastanawiam ...

Dawno mnie tutaj nie bylo, ponad rok, bo ten swiateczny wpis to prawie sie nie liczy, a dokladnie to 14 miesiecy … Czy ktos tu jeszcze zaglada? Czy ktos teskii, za nowymi postami? Czy ktos jest ciekawy co porabiaja Rufus i Minio? Ostatnio coraz czesciej mysle, zeby powrocic do tej mojej bazgraniny tutaj, brakuje mi tego … Mysl coraz bardziej wierci mi dziure w mozgu, ale niemoc tworcza chyba jeszcze na dobre mnie nie opuscila, bo caly czas cos blokuje …

I tak sie zastanawiam, czy ktos teskni za tym moim, niezbyt wprawnym przelewaniem mysli na ten wirtualny papier?

niedziela, 24 grudnia 2017
**** :-)

Zycze Wszystkim ktorzy tu jeszcze zagladaja, 

dobrych i radosnych Swiat Bozego Narodzenia.

Aby byly dla Was takie jakie najbardziej lubicie!

Bawcie sie dobrze i nie zapominajcie o swoich bliskich.

Zapomnijcie za to o troskach i problemach, 

Niech ten czas bedzie dla Was magiczny!

 

 

Zostawiam tu dla Was moje lampiony, niech i Wam umila ten swiateczny czas.

czwartek, 09 marca 2017
WYCHODZI NA TO, ZE NA GLOWE POWINNAM SIE LECZYC

Juz jakos przed Bozym Narodzeniem jakis pomor u nas zapanowal. Slubny jak zaczal kaszlec to tak kaszlal se, mocno i mocniej. Zadne moje znachorskie specyfiki na niego nie dzialaly, zreszta te co nabyl se droga kupna we aptece tyz. Ja z jednego przeziebienia wpadalam w nastepne i tak az do teraz, z malymi przerwami. Zaraz po Nowym Roku to nawet wyslalam SMS-a do szefa, ze nie przyjde mu chaty i biura posprzatac, bo zdycham, no nie napisalam mu, ze zdycham tylko ladnie, kulturalnie, ze chora bardzo jestem. Tak sie bujalam, az do ostatniej soboty, zrac czosnek i wspomagajac go witaminka C, az mi od tej kwasnosci jezyk kolkiem w gebie stawal i oczy w slup. A w sobote zaczelam kaszlec, a najgorzej to nocami bywalo, bo malo pluc nie wyplulam. Bosz, ja nie pamietam kiedy statnio chorowalam z kaszlem. Kaszel to dla mnie jak koniec swiata, rozwala mnie totalnie. Po sobotniej i niedzielnej nocy bylam tak umeczona, ze glebszy oddech bolal jakbym mnie kto skpal. Umeczona nocnymi efektami specjalnymi, juz w niedziele wieczorem zrobilam mocne postanowienie udania sie do doktora. Ja i wizyta u lekarza, wolami trzeba mnie tam zaciagac, ale kaszel to akurat jeden z nich, czyli jeden z takich wolow. Do popoludnia mi zeszlo, ale w koncu sie dowloklam. W rejestracji dowiedzialam sie, ze wizyte moge dostac na nastepny piatek, ale jak chce juz to moge, ale w innym osrodku o ile nie bedzie to dla mnie problemem. Nie bylo. Wieczorem wsiadlam w autobus i udalam sie pod podany ardes. Pani lekarz pierwsze wypytala o to i tamto, potem osluchala, zajrzala we w uszy i grdlo i orzekla, ze pluca sa czyste i ze jakowys wirus i cos tam … niewazne.  W sumie to mialam mieszne uczucia, ale z drugiej strony to po co miala bylm faszerowac sie antybiotykami jak nie byly potrzebne.

A w tej calej histori z uporczywym chorubskiem najlepsze jest to, ze ostatecznie okazalo sie ze obu nam i slubnemu i mi pomagaja tabletki na alergie. Przestalam je brac chyba jakos rok temu, albo i wiecej i nic sie zlego nie dzaialo, az do czasu. A ze ja durna nie wpadlam od razu na to, to sama sobie sie dziwie, ze te nawracajace przeziebienia to wynik alergi, nic tylko na glowe sie czas leczyc. A co do slubnego, to od jakies czasu po glowie mi chodzilo zeby mu poddac taka mysl, bo jego matka przeciez na stare lata alergi sie nabawila, to moze u niego jakos tak podobnie. Ostatecznie sam na to wpadl i to byl strzal w dziesiatke.

Ale to nie jeden powod do leczenia sie na glowe:

Dostalam Ci ja dzisiaj komunikat na telefon, ze mam dwa nowe maile i moja pierwsza mysl byla, ze jeden jest od Barbary … I zeby taka sytuacja byla piewrszy raz, ale nie, co jakis czas mnie to dopada … Nic tylko na glowe sie leczyc.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 41