RSS
czwartek, 09 marca 2017
WYCHODZI NA TO, ZE NA GLOWE POWINNAM SIE LECZYC

Juz jakos przed Bozym Narodzeniem jakis pomor u nas zapanowal. Slubny jak zaczal kaszlec to tak kaszlal se, mocno i mocniej. Zadne moje znachorskie specyfiki na niego nie dzialaly, zreszta te co nabyl se droga kupna we aptece tyz. Ja z jednego przeziebienia wpadalam w nastepne i tak az do teraz, z malymi przerwami. Zaraz po Nowym Roku to nawet wyslalam SMS-a do szefa, ze nie przyjde mu chaty i biura posprzatac, bo zdycham, no nie napisalam mu, ze zdycham tylko ladnie, kulturalnie, ze chora bardzo jestem. Tak sie bujalam, az do ostatniej soboty, zrac czosnek i wspomagajac go witaminka C, az mi od tej kwasnosci jezyk kolkiem w gebie stawal i oczy w slup. A w sobote zaczelam kaszlec, a najgorzej to nocami bywalo, bo malo pluc nie wyplulam. Bosz, ja nie pamietam kiedy statnio chorowalam z kaszlem. Kaszel to dla mnie jak koniec swiata, rozwala mnie totalnie. Po sobotniej i niedzielnej nocy bylam tak umeczona, ze glebszy oddech bolal jakbym mnie kto skpal. Umeczona nocnymi efektami specjalnymi, juz w niedziele wieczorem zrobilam mocne postanowienie udania sie do doktora. Ja i wizyta u lekarza, wolami trzeba mnie tam zaciagac, ale kaszel to akurat jeden z nich, czyli jeden z takich wolow. Do popoludnia mi zeszlo, ale w koncu sie dowloklam. W rejestracji dowiedzialam sie, ze wizyte moge dostac na nastepny piatek, ale jak chce juz to moge, ale w innym osrodku o ile nie bedzie to dla mnie problemem. Nie bylo. Wieczorem wsiadlam w autobus i udalam sie pod podany ardes. Pani lekarz pierwsze wypytala o to i tamto, potem osluchala, zajrzala we w uszy i grdlo i orzekla, ze pluca sa czyste i ze jakowys wirus i cos tam … niewazne.  W sumie to mialam mieszne uczucia, ale z drugiej strony to po co miala bylm faszerowac sie antybiotykami jak nie byly potrzebne.

A w tej calej histori z uporczywym chorubskiem najlepsze jest to, ze ostatecznie okazalo sie ze obu nam i slubnemu i mi pomagaja tabletki na alergie. Przestalam je brac chyba jakos rok temu, albo i wiecej i nic sie zlego nie dzaialo, az do czasu. A ze ja durna nie wpadlam od razu na to, to sama sobie sie dziwie, ze te nawracajace przeziebienia to wynik alergi, nic tylko na glowe sie czas leczyc. A co do slubnego, to od jakies czasu po glowie mi chodzilo zeby mu poddac taka mysl, bo jego matka przeciez na stare lata alergi sie nabawila, to moze u niego jakos tak podobnie. Ostatecznie sam na to wpadl i to byl strzal w dziesiatke.

Ale to nie jeden powod do leczenia sie na glowe:

Dostalam Ci ja dzisiaj komunikat na telefon, ze mam dwa nowe maile i moja pierwsza mysl byla, ze jeden jest od Barbary … I zeby taka sytuacja byla piewrszy raz, ale nie, co jakis czas mnie to dopada … Nic tylko na glowe sie leczyc.

niedziela, 05 marca 2017
WYPRAWA PO PACZKI

W tlusty czwartek wymyslilam sobie, ze zrobie wszystkim niespodzianke i kupie kilka paczkow, w zalozeniu mialo byc 10 sztuk. Po 3 dla mnie i slubnego, a po 2 dla Anki i Krzyska. U mnie to nie jest tak latwo, bo do sklepu za rog sobie po te paczki nie wyskocze. Nie bylo by problemu, gdybym lubila te anglikanskie z dziurka, polukrowane rozniscie, ale nie lubie, raz sprobowalam i szalu nie bylo, a jak mam jesc cos co mi sie z gniotem kojarzy, to wole wcale. Poza tym te anglikanskie produkcje, donat’ami zwane nie byly by zadna niespodzianka, bo kazdy moze sobie js sam kupic, w sklepie za rogiem, doslownie, w Tesco czy Saisbury’m.

Jak sobie to wykombinowalam tak zrobilam.

Polski Sklep do ktorego sie wybieralam, jak to juz wczesniej wspominalam, za rogiem sie nie znajduje, a jest raczej dosc daleko, bo ode mnie jakies 25 do 30 min jazdy autobusem. A ja zeby za bardzo mi te paczki w boki nie poszly postanowilam sie do niego udac pieszo, a zazwyczaj zajmuje mi to 1,5 godz, a ze zajrzalam po drodze do kilku sklepow to zeszlo mi troche dluzej.

Jak tylko wylazlam z cieplego domku to juz wiedzialam, ze pomysl ze spacerem raczej nie nalezy do najlepszych. “Zefirek” ktory na zewnatrz sobie podmuchiwal wesolutko, wcisnal mi do pluc moj wydech, az galy mi wylazly. Nie dalam sie twarda bylam. Jak juz opanowalam system oddychania, to we w parku wiaterek ow zerwal mi czapke z glowy dobrze, ze sie ta moja myscka na jakiejs wczesniej zerwanej galezi zaczepila, bo nie musialam za nia latac. Mycke zabezpieczylam kapturem i pomaszerowalam dalej razno, majac juz tylko jeden problem do rozwiazania, a mianowicie jak utrzymac w recach chusteczke chigieniczna, co by mi jej ow zefirek nie wyrwal. Nadzieja, ze jak wyjde z parku i wejde pomiedzy budynki, to zefirek bedzie troche mniej upierdliwy, okazala sie zludna. Pomimo wszystko sciagnelam kaptur z glowy, bo mnie strasznie wkurzal. Szlam tak sobie radosnie walczac z przytrzymywaniem czapki i z utrzymywaniem chusteczk w recach, bo zefirek dzialal na moj nos bardzo kataro pednie. Po drodze zakupilam sobie troche jutowego sznurka w czterech kolorach i talerzyki sztuk 6, bo mielismy deficit. Kiedy doszlam juz do celu mojej drogi, czyli na Tootin Brodway, to jeszcze weszlam do Holland Barrett zeby zobaczyc czy moze jest witamina C w promocji, ale niestey jeszcze musze poczekac. Potem przeszlam na druga strone ulicy i juz mi slina ciekla na mysl o moich wymarzonych paczusiach. Szlam tak sobie oblizujac sie i myslac o tm rozanym nadzieniu rozplywajacym sie w ustach … A tu co zacz, sklepu nie ma … ? No nie, sklep jest tylko zazaluzjowany na glucho i dlatemu go w pierwszej chwili nie dostrzeglam. “Nosz cholera, co jest grane? zamkneli go tak na glucho, czy co?” – pomyslalam. Tak do konca nie dowierzajac, tym czerwonym zaluzjom, popatrzylam w gore aby sie upewnic czy to napewno tu, ale tak, szyld gloszacy o tym, ze w tym miejscu Sklep Polski sie znajduje, jak wisial wczesniej tak wisi nadal. I tu mi sie przypomnialo, ze kiedys tam, tez jakos wlasnie o tej porze pocalowalam zaluzje i do domu wrocilam z niczym. Kurde wychodzi na to, ze oni chyba maja jakas przerwe, czy cus, chociaz jak juz do domu wrocilam i chcialam sprawdzic czy aby go na glucho nie zamkneli, to stalo czarno na bialym “open now”, ale nie znalazlam informacji o godzinach otwarcia, tak to jest z tymi polskimi stronami na necie, ze pozostawiaja wiele do zyczenia.  Bo kiedy na ten przyklad chce sprawdzic do ktorej jest otwarte Tesco w niedziele, czy poczta w sobote to na stronie owszem jest informacja “open now”, ale jest tez informacja w jakich godzinach ta placowka jest czynna.

Nie pozostalo mi nic innego jak obejsc sie smakiem i wsiasc do autobusu ktory akurat nadjechal. 

Do domu wrocilam totalnie przewiana i zawiedziona. Talerzyki umylam i stwierdzilam, ze beda musialy zaczekac, tak jak i ja rok, na paczki. Ostatni raz jadlam paczki dokladnie rok temu, w tlusty czwartek, no coz trudno zamiast paczkow mam talerzyki. A w calkowitym rozrachunku mojej glupiej wyprawy, mam jeszcze odlotowe przeziebienie. Czyli, ze co? wychodzi na to, ze slodycze szkodza i to nie tylko na wielkosc dupska.

niedziela, 12 lutego 2017
JESZCZE NIE DO KONCA SIE POGODZILAM …

Zaczynam sie czuc lepiej, juz od jakiegos czasu nie sprawdzam opsesyjnie, po kilkanascie razy dziennie, mojej poczty, ani telefonu, bo moze jednak SMS. Widac, ze okres zaloby dobiega konca tak, bo zaloba to okres po stracie, nie koniecznie tylko po smierci kogos bliskiego.

Utrata wolontariatu byla i jest dla mnie nadal ogromna starta, z ktora tak do konca nie potrafie sie pogodzic, chociaz mysle, ze najgorszy okres mam juz za soba. Wraz z tym wolontariatem stracilam wiele, a najwazniejsze to: kontakt z ludzmi mowiacymi po angielsku i znajomosc z Barbara ktora bardzo polubilam. Byc moze stracilam rowniez szanse na inna, lepsza dla mnie prace, niz sprzatanie ktorego nie lubie. Co jeszcze starcilam, nie wiem … Najgorsze jest dla mnie to, ze skonczylo sie to nagle bez slowa wyjasnienia, dlaczego … A teraz cofam sie jezykowo, bo niestey nie mam z kim rozmawiac, w mojej pracy moge pogadac sobie tylko z kotem, teraz juz tylko z jednym. Mojego szefa, czy jego zone spotykam z czestotliwoscia raz na kwartal, zamieniamy wtedy kilka zdan i na tm sie konczy moj kontakt z angielskim. Pozostaje mi radio i jakies fimy na youtube, to jednak nie zastapi zywej rozmowy z drugim czlowiekiem. No coz, trudno sie mowi i zyje sie dalej, szkoda tylko, ze juz drugiego takiego wolontariatu nie znajde, przynajmniej ja nie wiedze takich szans.

To juz rok jak nie chodze do biblioteki, bo ostatni raz bylam tam dokladnie 9 lutego zeszlego roku i bardzo mi tego barkuje. Brakuje mi tej drogi do tam, kiedy zazwyczaj szlam bardzo szybko aby zdazyc na czas. Drogi ktora prawie kazdego dnia pokonywalam pieszo, bez wzgledu na pogode, w deszczu czy sloncu, w zime czy lato, lubilam to. I tej drogi powrotnej do domu, podczas ktorej odpoczywalam po wysilku psychicznym, szczegolnie w te dni kiedy mialam za zadanie do wykonania jakies telefony, albo jakas pomoc przy czyms co robili uczniowie i trzeba bylo wysilac mozg aby cos po angielsku powiedziec. Albo kiedy na przerwie bylo duzo wypozyczajacych ksiazki. Brakuje mi tez samych kontaktow z ludzmi, z tymi spotykanymi na korytarzu, czy w kantynie na przerwie, czasem ktos do mnie zagadal i ja musialam sie wysilic aby cos sensownego odpowiedziec. I samej pracy w bibliotece taz mi brakuje, nawet tych zadan ktore mialam do zrobienia na kompie, ktore pomimo tego, ze nie raz sparawialy mi duza trudnosc to jednak je lubilam, bo ciagle sie czegos nowego uczylam. Brakuje mi tez wielu innych rzeczy …

Ale to sie juz nie wroci, zal w sercu jeszcze tkwi … tkwi jak kolec ...

czwartek, 09 lutego 2017
Pozegnanie

Wczoraj rano, wczesnie rano odeszla moja kolezanka. Nie, nie bylam z nia blisko, ale i tak przykro mi. Chorowala dlugo, pierwsze miala raka piersi, byla operacja, chemia … czas … starch … bol … obawy … A potem wielka wygrana. Wygrana niestety okazala sie zluda, po niedlugim czasie chroba zaatakowala ze zwielokrotniona sila, w innym miejscu, w mzgu. Tu pojawil sie starch i zwatpienie, moze i beznadzieja zapukala do jej drzwi, bo jej matka zmarla wlasnie na raka mozgu, kiedy ona i brat byli dziecmi. Pomimo wszystko walczyla, bylo leczenie, ale wiesci ktore przekazywala mi Lucyna nie niosly nadziei … A te ostatnie byly coraz smutniejsze, utrata sil, niemoznosc przelykania, trudnosci z mowa i …

Jakos kilka miesiecy temu Lucyna doniosla mi ze, Kaski synus, nieudacznik pojechal do mamusi. Lucynie sie to nie podobalo, ale coz, mamusia przestala sponsorowac z wyspy to synus wsiadl w samolot i polecial, zerowac na mamusi chorobowym i benefitach, ktore pewnie miala w zwiazku z ciezka choroba i niezdolnoscia do pracy. A moze i dobrze, bo jak by nie bylo to syn i na koniec jednak sama nie byla. Kaska bardzo chciala wrocic do kraju, ale byla obawa, ze nie przezyje podrozy, bo samolot to zmiany cisnienia, a samochod to czas … Poza tym tu w Angli miala placone chorobowe i dobra opieke lekarska … wiec zostala do konca …

Kiedys chodzilam z nia do szkoly, do podstawowki. Ona z bratem chodzili do jednej klasy i wszyscy byli przekonani, ze Kaska i Maciek sa bliznietami, prawda byla taka, ze ona byla rok starsza. Nie wiem tez czy ktos wiedzial o tym, ze ich matka zmarla na raka mozgu. Ja wiedzialam, ze wychowywala ich babcia, bo rodzice zgineli w wypadku samochodowym. Ja nie bylam z nia blisko, bo ona byla w naszej klasowej swietej trojcy, a ja bylam na szarym koncu w tej hierarchi. Ta swieta trojaca to byly trzy dziewczyny, trzy ulubienice naszej wychowaczyni, prymuski, rodzynki. Kaske pamietam jako weslola, radosna, rozesmiana blondynke z dlugimi kucykami, siedzaca w pierwszej lawce. Nasze drogi sie rozeszly, kiedy ja po pierwszym polroczu piatej kalsy zmienilam szkole. Potem spotkalam ja moze dwa, albo trzy razy przed jej wyjazdem do UK, ona wtedy jeszcze nie wiedziala, ze wyladuje na wyspach, a ja juz tu bylam.

Nigdy bysmy sie nie spotkaly ponownie, gdyby moja przyjaciolka nie poznala jej brata. Donosila mi w SMS-ach, ze ma super faceta … Maciek to, Maciek tamto … I jednego razu kiedy ja i Lucyna akurat obie bylysmy w Polsce (ona wtedy w Norwegi pracowala), bedac u niej  spotkalam Macka, dziwne to bylo spotkanie po pobad 30 latach …Ja go nie poznalam, on mnie do strzalu i powiedzial mi, ze praktycznie nic sie nie zmienilam i poznal by mnie wszedzie. Na szczescie zwiazek ten sie rozpadl, nie mozna byc z alkocholikiem ktory bolesnie rani i niszczy bliskie sobie osoby.

Potem wlasnie u Lucyny, jak jeszcze byla z Mackiem, spotkalam Kaske. Wymienilysmy sie numerami telefonow i odszukalay na Naszej Klasie. Wspominalysmy stare szkolne czsy, kurde jak to brzmi, jak bym wlasna babcia byla.  Niestety ten kontakt urwal sie kiedy ja zamknelam konto na Naszej Klasie, a Kaska wyjechala za praca do UK. Potem to juz tylko od Lucyny dowiadywalam sie co u Kaski. O tym kiedy byla w Polsce, ze chciala sprzedac dom, bo nie bylo jej stac na remont, ze syn nie pracuje i nic nie robi zeby to zmienic, a ptem o chorobie …

Lucyna bardzo polubila Kaske i sympatia ta byla wzajemna. Mylse, ze nic sympati z czasem przerodzila sie w przyjazn. Lucynie jest teraz ciezko, odszedl ktos, kto byl jej bardzo bliski, mi tylko smutno …

Dla mnie i pewnie dla Lucyny tez, najbardziej przykre jest to, ze odeszla w chorobie, bolu i cierpieniu, bo dlaczego tak? … Na to pytanie nie ma odpowiedzi. Tak samo jak na to, dlaczego to wlsnie ona? A jej brat alkocholik nadal chleje i rani swoich bliskich i nie tylko …

I jak zawsze w takich chwilach mowie sobie, ze tam dokad odeszla juz jej nic nie boli, nie boi sie kolejnego dnia, cierpienie sie skonczylo.

I chociaz nie byla mi bliska, to pozostanie w mojej pamieci.

piątek, 16 grudnia 2016
I PRYSNAL MOJ SEN ZLOTY, JAK BANKA MYDLANA ...

W nocy ze srody na czwartek snilam sen … Tylko czy to jeszcze jest mozliwe? Chciala bym bardzo …

Jestem tam, w moim wymarzonym miejscu, nie wiem jak sie tam znalazlam, ale mam swaidomosc, ze nie za sprawa Barbary. Stoje w jakims duzym pomieszczeniu i rozmawiam swobodnie po angielsku z jakas kobieta. Wkolo mnie kreca sie studenci, jest przerwa. Jedna dziewczyna mowi cos do kolezanki po Polsku, wtracam jakas uwage rowniez po Polsku, ona mnie nie uslyszala, nie zwrocila uwagi na to co powiedzialam, jak bym nic nie powiedziala, ale to nie jest dla mnie wazne w tym momencie. Za przeszklona sciana, na zewnatrz widze Barbere i w pierwszym odruchu chce ja zawolac, pokazac sie, ze jednak tu jestem, ze jednak mi sie udalo, chce jej pokazac jaka jestem szczesliwa i dumna z siebie, ale cos mnie zatrzymuje. W glowie pojawia mi sie mysl, ze przyjdzie taka chwila kiedy sie spotkamy twarza w twarz, na przeciw siebie i wtedy zobacze jej reakcje, jak sie zachowa … A dzien w moim snie byl cieply i sloneczny.

Tak bardzo mi przykro, jestem taka rozgoryczona i siedzi to we mnie jak ten ciern ktorego nie mozna wyciagnac, a on kluje przy kazdym ruchu. Poniewaz nie bylo zadnej wiadomosci od Barbary przed koncem roku szkolnego, to ja wyslalam do niej maila przed moim wyjazdem do Polski, pod koniec wakacji. Kiedy wrocilam czulam sie wykonczona psychicznie, ale jak tylko doszlam do siebie wyslalam kolejnego maila, niestety nie doczekalam sie odpowiedzi. Potem jeszcze raz napisalam, tym razem na prywatna poczte i nic …Nie wiem dlaczego … A ja nawet Lucyne zaprosilam w trakcie feri w College'u, zeby miec czas dla niej.

Moja samoocena, ktora zawsze byla bardzo niska, a ktora z trudem jakos pozbieralam i posklejalam w calosc, znowu padla na dno i dotkliwie poobijala sobie facjate i boki, lezy tak teraz i mowi, ze sie nie ruszy … Moja pewnosc siebie cofnela sie w tyl i chetnie polozyla by sie obok mojej samooceny. Jezykowo cofam sie w tyl, bo co z tego, ze czytam i slucham radia, jakies dokumenty BBC oglada, a nawet czasem cos se napisze, jak nie mam z kim gadac.

A tak fajnie zapowiadala sie znajomosc z Barbara … I po co mi napisala: "nie zrywaj tej znajomosci"?

sobota, 26 listopada 2016
SOBOTNIE POGADUSZKI

Jak zwykle w sobote odwiedzila mnie moja stara znajoma. Przyszla z mloteczkami, kilofkami, tudziez z kafarem i zestawem perkusji. Perkusje rozlozyla na samym srodku w mojej glowie, mloteczki i kilofki rozdala malym, zlosliwym krasnoludkom i porozstawiala je wzduz kregow mojego karku, lupaly i stukaly, ze az milo … Z kafarem latala sama po calym wnetrzu mojej glowy, walac radosnie to tu, to tam … Przyszla wczesnym rankiem, jeszcze zanim zadzwonil budzik przed szusta i bezlitosnie wyrwala mnie ze snu, wywazajac taranem drzwi w mojej glowie. Kiedy budzik zadzwonil zwloklam sie z wyra, zeszlam na dol i wypuscilam chlopakow na pole. Polknelam ibuprom, dajac jej w ten sposob do zrozumienia, ze nie chce mi sie z nia gadac, nie zrozumiala aluzji. Zazwyczaj pije napar z imbiru, ktory skutecznie ratuje mnie w takich sytuacjach, ale niestety nie mialam zaparzonego, bo skonczyl mi sie zapas swierzego korzenia w lodowce. Wlozylam chleb do piekarnika zeby sie upiekl i powloklam sie z powrotem na gore, wlaczylam taimer i walnelam sie do wyra. Perkusja i kafar, do wtoru z pracowitymi, zlosliwymi krasnoludkami nie daly mi zasnac. Po godzinie i 20 minutach rozdzwonil sie timer dajac znac, ze chleb juz gotowy.

Zeszlam na dol, wpuscilam futrzaki i napelnilam im miseczki. Minio jak zwykle obwiescil mi wbiegajac do domu: “juz wrocilem, juz jestem widzisz mnie, daj jesc, jestem glodny”. Wylaczylam piekarnik, wyciagnelam chleb z foremki i polozylam na desce zeby ostygl. Po czym padlam na fotel w salonie. Po chwili przybiegl Minio i nie pytajac czy moze, uwalil sie na moich kolanach, wlaczajac od razu mruczando, ze fajnie ze jestem, ze fajnie ze dalam sniadanko, ze fajnie ze moze lezec na moich kolanach … Super, lubie tak i on tez, potwierdzil to wkladajac mi glowe pod pache. A w glowie szalona perkusja wybijala jakies straszne, piekielne techno, krasnoludki zgaly i stukaly niemilosiernie po kregach szyjnych, a kafar nap… w skroniach … To nie byly pogaduszki, to byl jakis koszmarny monolog ...

Zaczelo mi sie robic niedobrze, oj nie dobrze, ja nie moge byc glodna jak ta perkusja i kafar i te harce w mojej glowie. Wlaczylam laptopa i poszlam do kuchni zrobic sobie trzy kromeczki chleba z maslem. Uwielbiam taki swiezy, jeszcze lekko cieply z mnaslem i gdzies mam, ze to  niezdrowo, bo cieply, a to maslo to cholesterol, a z tym cholesterolem to bzdura. Nastawilam sobie kawe w imbryczku. Wracajac na fotel musialam pogadac z kotem, no bo wiesz dzisiaj jest sobota i dzisiaj ja tu siedze, na co on jak zwykle z przekora: “a dlaczego ty musisz, jak ja tu juz spie”. No pogadalim, przenioslam kotecka na podnozek i basta. Jak poszlam po kawe, to znowu pogadalismy o tym, dlaczego ja musze … jak on tam juz spi.

Zajrzalam na fejsa, napisalam corce komentarz pod filmikiem o Kasi smiechotkach – gilgotkach. Zajrzalam na kilka blogow, ale czytanie nie bardzo mi szlo … Ostatecznie wlaczylam sobie horror “Cos za mna chodzi”, w trakcie ktorego nawet udalo mi sie cos podziergac. A kiedy poszlam zrobic sobie herbate, podagalam z Rufusem ktory akurat zlazl na dol i jak to on, chcial COS. Zapytalam: “I co chcesz kotku? Chcesz to, czy tamto …?” Kotek siedzial chwile na srodku kuchni i myslal, jak to on. Sypnelam mu troszke chrupek na miseczke, o dziwio zjadl wszystkie, a potem podszedl pod drzwi i bez zastanawiania wyszedl gdy je otworzylam.

Potem kiedy bylam juz po kapieli i po zupie i nastawilam sobie druga kawe, czekajac az sie zrobi, pogadalam z kwiatkiem. A kwiatek mam ladny i bardzo go lubie. Rozmawialismy telepatycznie, wychwalilam go, ze taki piekny i tak cudnie mi kwitnie i ze na tych dwoch badylkach moge podziwiac az 10 cudownych kwiatkow. A tak przy okazji sesji fotograficznej na ktora sie zalapal, w trakcie odwracnia doniczki w te i wewte odkrylam, ze z pomiedzy lisci niesmialo wychodzi trzeci ped kwiatowy. Kupilam go sobie rok temu w pazdzierniku, kwiaty ktore wtedy mial od razu opadly i caly rok czekalam zeby zakwitl. Juz w wakacje przemawialam do niego czule i prosilam zeby nareszcie zakwitl i koncem wrzesnia bingo, juz mial paki kwiatowe na pierwszym pedzie. A teraz kwitnie na calego, juz od drugiej polowy pazdzeirnika i cieszy mnie swoimi kwiatami.


Storczyk - Odontoglossum


 


Nowy ped kwiatowy

A kiedy pilam druga kawe, pisalam SMS-a do Lucyny o tym, ze moja stara niezawodna znajomoma zbiera sie juz powoli do odejscia i pakuje swoje zabawki … Jednak nie do konca sie wyniosla, bo zapomniala chyba jakiegos bebna i zostawila mi te swoje zlosliwe i pracowite krasnoludki … ale o tym bolesnie upewnilam sie troche pozniej. Zapewnila mnie jak zwykle, ze jeszcze przyjdzie, bo ma mi jeszce tyle do powiedzenia a bardzo dobrze sie jej ze mna rozmawia ...

I pomimo tego, ze pogoda byla ladna i sloneczna, to na pogaduszki z wiewiorkami sie nie zmobilizowalam i pozostalam w swoim fotelu.

A na koniec, kiedy juz za oknem robilo sie ciemno, znowu pogadalam z kotem, ktory po przespaniu prawie calego dnia zszedl na dol i przyszedl do mnie.


Usiadl  sobie, tam gdzie zazwyczaj lezy laptop, ktory akurat byl na moich kolanach  i calym soba powiedzial mi: “no ja juz nie spie, ale jeszcze nie wiem co chce, bo jeszcze tak nie calkiem sie obudzilem, to sobie tu chwile posiedze … bo wiesz ze ...“

wtorek, 22 listopada 2016
Mieszkanie z ironia w tle

Ostatnia wymiana SMS-ow z przyjaciolka, natchnela mnie do przemyslenia i jako takiego poukladania sobie w glowie pewnych spraw. Nie wiem, ale moze jak to zrobie to pomoze mi to, wygrzebac sie z tego emocjonalnego dolka w jaki ostatino wpadlam.

Pisalysmy o moim gadaniu, o wolontariacie i robieniu czegos innego, oraz o moim mieszkaniu (musze sie nareszcie przyzwyczaic do tego, ze ono jest moje).

To tak jak w tytule stoi, zaczne od tego ostatniego:

Fragmenty naszych SMS-ow:

Lucna - … nawet sie poryczalam jak pomyslalam, ze kiedys przyjdzie mi sie z tad wyprowadzic. Znam sie tu z ludzmi, dobrze mi sie tu mieszka, dobra aura w mieszkaniu co nawet zauwazyla kolezanka z pracy, a byla u mnie 5min …

Ja - z tym mieszkaniem to taka ironia losu, jak nie mialam gdzie mieszkac to mama mnie zwodzila, jednego dnia dajac mi dzialke a drugiego odbierajac, a teraz mam mieszkanie i mam klopot, sprzedac nie warto a trzymac to koszty … a ja musze placic wysoki czynsz tutaj…

 Moja mama w 2006 roku wykupila swoje mieszkanie na wlasnosc i od razu przepisala je na mnie. Mieszkanie jest niewielkie, 36m kw, na osiedlu na ktorym mieszkalam przez 31 lat. Mama dostala go za opieke nad starsza osoba.

Tu taka mala dygresja: Wykupila je za pieniadze ze sprzedazy tej cholernej dzialki, ktora to cale lata mnie szntazowala, abym wziela slub koscielny. Nie dalam sie, bo po pierwsze czulam, ze nawet jak sie ugne to i tak nic z tego nie bedzie. A po drugie uwazalam, ze to bylo by poprostu nie uczciwie w stosunku do samej siebie. Niestety slub koscielny nie byl jedyna kwestia spornya miedzy mna i mama, bo druga bylo to, ze nie chodzilam do kosciola. A do kosciola przestalam chodzic jak mialam lat, chyba jakos 12-nascie i nie robie tego do dzisiaj. A dla mojej mamy kosciol i wszystko co z nim zwiazane, bylo najwyzsza wartoscia, wiec sam slub to byl by tylko poczatek. Koniec dygresji.

Wychodzi z tego, ze od 10 lat jestem wlascicelka mieszkania, ale jakos nigdy sie tak nie czylam. Pierwsze odwiedzalam mame przyjezdzajac do Bielska z Warszawy, a potem juz z Londynu. Mama kilka razy zadala mi pytanie: “co zrobisz z tym mieszkaniem jak ja umre?” Zawsze zgodnie z prawda odpowiadalam , ze nie wiem i wcale nie spieszy mi sie do jej smierci. Od kilku lat, ale jeszcze przed choroba, mama zaczela mowic i powtarzac, zebym nie sprzedawala mieszkania kiedy ona umrze. Ciagle powtarzala mi ze: “nie wiadomo jak bedzie, a tak masz mieszkanie i zawsze mozesz tu wrocic”.

A potem mama zmarla. Juz po pogrzebie, bedac sama w miszkaniu i pozadkujac rzeczy po niej, nie raz zastanawialam sie: “i co teraz?”

Jeszcze zanim pojechalam na pogrzeb, rozmawialam z A. i doszlismy do wniosku, ze najlepiej bedzie go sprzedac, mielibysmy troche kasy na wklad wlasny i moglibysmy wziac mortgage (pozyczke na mieszkanie). Niestety okazalo sie, ze akurat to nie jest dobry moment. Znajomy powiedzil mi, ze w Bielsku wybudowano sporo mieszkan i staly one puste, wiec ceny mocno spadly. Tak wiec pomysl ze sprzedaza upadl. Przed wyjazdem  z pomoca brata zaplacilam czynsz, przez internet, zeby nie tracic czasu na bieganie. Ustalilismy tez, ze on bedzie mnie informowal o oplatach, bedzie odbieral poczte i placil rachunki, a ja bede mu wysylac na to kase.

A potem dostalam SMS-a od Lucyny z zapytaniem: “czy moglabym zamieszkac u Ciebie, bo ciotka wymowila mi mieszkanie?” Moj A. kiedy przeczytalam mu ta wiadomosc powiedzial, ze od razu myslal o Lucynie. Hummm, ja tez o niej myslalam, ale jak ja wyjezdzalam to jej relacje z ciotka jeszcze byly jako takie, jako takie, bo one nigdy nie byly normalne i poprawne. A potem nagle kazala sie jej wyprowadzic, doslownie z dnia na dzien. Obie myslimy, ze kuzyneczka - kociareczka, maczala w tym palce, a ciotunia tez zagorzala wyznawczyni Jehowy posluchala coruni. I tym sposobem Lucyna zamieszkala u mnie, za czynsz, ja z przyjaciol w biedzie nie zdzieram.

A teraz sie jej odmienilo na lepsze i oby tak dalej i jeszcze lepiej, nalezy sie jej po tym wszystkim co w zyciu przeszla, a nie bylo ono uslane rozami. Tylko, ze teraz ja nie wiem jak dlugo jeszcze pomieszka u mnie, a jak sie wyprowadzi, to bede musiala placic czynsz i inne takie …

I to jest ta ironia losu, o ktorej pisalam Lucynie w SMS-sie. Cale zycie albo sie gniotlam z ojcem, znoszac jego choleryczna nature i pijanstwo brata, albo mieszkalam u kogos i placilam wysoki czynsz, zreszta nadal place komus i to nie malo. A teraz nie wiem co mam zrobic … bo sprzedac nie warto, a trzymac to koszt … I wcale nie jest tak jak mama sobie wymyslila, ze zawsze bede miala gdzie wrocic. Bo do czego ja mam wracac? Zeby wrocic trzeba miec za co zyc, a ani A. ani ja nie dostaniemy w kraju emerytury. Samo mieszkanie to nie wszystko … A ja nadal nie wiem co mam z tym fantem zrobic. 

A tak na marginesie mieszkanie ma naprawde dobra aure, gdy sie tam wchodzi od razu czuje sie taki spokoj i chce sie tam byc ... I co ja mam do cholery z tym fantem zrobic? Nadal  ie wiem ...

środa, 02 listopada 2016
Jesien z mojego okna i nie tylko ...

Postanowilam odciac sie od sprawy spedzajacej mi sen z oczu, na ile sie da. Niestety nie da sie odciac od tego jednym pociagnieciem noza i zapomniec, niestety ... Nie bedzie to latwe, ale postaram sie odsunac to na bok i przejsc niejako ponad tym do porzadku dziennego. Nie moge sie ciagle tym zadreczac, bo i tak wielkiego wplywu na to nie mam, a to co moglam zrobic nie odnioslo spodziewanego efektu, a wrecz przeciwnie, jest jeszcze gorzej. Wiec zostawiam to, odsuwam na bok, chociaz serce boli ...

Jedny z pierwszych krokow jest powrot do mojego miasta lisow, a jest o czym pisac ....

A za oknem i nie tylko, juz od jakiegos czasu jest jesien, chyba juz nawet pozna jesien, ale tutaj ona nie wyglada tak jak w Polsce, jest inna ...


Jesien z mojego okna, tego nowego ktorego nie lubie i nie polubie, wyglada wlasnie tak. A dokladnie, to jesien z ostatniego dnia pazdziernika. Jeszcze lezaly liscie na chodniku, bo bylo dosc wczesnie i niesmialo przeswiecalo slonko przez chmury. Potem, po poludniu przyszedl facet z warczaca dmuchawa i pozamiatal chodniki.


Nasz trawnik, ktory po dlugim czasie odzyskalismy i juz nawet zdazyla wyrosnac na nim nowa trawa, chociaz jeszcze miejscami tak nie do konca.


Teraz moge zrobic zdjecie tylko wychylac sie w prawa strone, w lewo niestey sie nie da, bo durne okno otwiera sie na zewnatrz.


Liscie jeszcze nie do konca pozolkly, jeszcze niektore drzewa sa calkiem zielone. Z mojego okna tak bardzo tego nie widac, ale w parku tych zielonych jest calkiem duzo, jak na ta pore roku.


Trawnik, po lewej stronie mojego patio, nie, nie sciemniam, ze nie da sie w ta strone wychylic, ja poprostu wystawilam lapy z telefonem za okno. I roza, jesienna, niesmiala, moze ostatania ... 


Poranki sa chlodne, a nawet mocno chlodne, Minio wie to najlepiej. Wrocil chlopak z porannego spaceru i dupke poszedl sobie zagrzac w cieplym kaciku. Tam za biurkiem jest naprawde ciplutko.


A to juz dzisiajszy ranek. Wstalam troche pozniej niz zazwyczaj i przywitako mnie slonko. Uwielbiam te 'moje lipy', uwielbiam na nie patrzec i wiosna i jesienia i zima i latem ... Kocham drzewa.


Zaslonka mi sie wykrusza, ale teraz juz nie jest potrzebna, slonko pozno wstaje, wiec nie razi w oczy. Tylko wiosna, zanim lipy pokryja sie gestym listowiem, slonko daje rankami popalic, wwiercajac sie pod jeszcze zamkniete powieki i razac jaskrawym swiatlem.


Patrzy w lusterko, czy nie? Oto jest pytanie ... On tak czasem robi, ze patrzy w lustro, na dole przy drzwiach wyjsciowych, na moje odbicie, gdy stoje na schodach. 


A kiedy wracalam ze sklepu, zlapalam na goracym uczynku, siedzial na blacie kuchennym ... Zdazylam pstryknac tylko dwa zdjecia, zanim zwial. Wystraszyl sie, nie poznal mnie, w polarku i czapce.


Moj storczyk, moje 'cudo' tez juz przekwita, ma swoja prywatna jesien, zreszta za kazdym razem jak kwiaty juz wiedna. Wiem nie wyglada zbyt okazale, ale to dlatego, ze jest z odzysku. I moze nie wyglada okazale, ale to niesamowita roslina, bo bez korzeni i praktycznie bez lisci kwitl jak szalony, a nawet ma dwoje dzieci. Ale o tym innym razem.


wtorek, 27 września 2016
:-)

Niedawno pojawil sie maly czlowieczek w naszej rodzinie

Nasza wnuczka Kasia skonczyla dzisiaj miesiac, a jej starsza siostra ma dzisiaj 16 urodziny.

piątek, 05 sierpnia 2016
>> >>

Jestam zmeczona tymi wakacjami. To nie jest dobre lato dla mnie, zdecydowanie nie. Chciala bym robic zupelnie inne rzeczy, niestety jast tak, jak jest …

Jestem rozzalona, zrezygnowana i nie wiem co jeszcze … , a przede wszystkim czuje ogromna bezsilnosc i ta bezsilnosc jest najgorsza.

Jak zatrzymac kogos w danym miejscu, kogos kto chcialby byc w zupelnie innym miejscu, z zupelnie innymi ludzmi i robic cos zupelnie innego, nie koniecznie dobrego, odpowiedniego dla niego samego …

To nie jest dobre lato, zdecydowanie NIE

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 40