RSS
piątek, 05 października 2018
TERAZ

Siedze i pije drinka, juz drugiego, bo pierwszego zrobilam sobie juz przed 13-sta. Zrobilam tak jak sobie to obiecalam, w ubiegly piatek kiedy wychodzilam do pracy, a maila z odpowiedzia o podwyzce nie bylo.

 

Siedze i popijam dzin z tonikiem i dobrze mi z tym.

Malo tego, na zagryske zrobilam sobie dwa kromale z maslem, swiezo upieczonego, jeszcze cieplego chleba, zamiast zagrzac sobie obiad. Jak swietowac, to swietowac na calego, a co mi tam. Kawe tez sobie zrobilam.

 

Na dodatek wydarzyl sie CUT nad Tamiza. Nie,  ow CUT nie ma nic wspolnego z drinkiem pitym przeze mnie o tak nietypowej porze. Ow CUT dotyczy tego, ze moja siostra odpowiedziala na mojego SMS-a. Nie wiem czy to moze jej corka, cos jej powiedziala, czy to dlatemu, ze prawie identyczna wiadomosc wyslalam do szfagra, ale nagle okazalo sie, ze jednak mozna i dobrze.

 

A wczoraj, ‘A’ ktory bedzie teraz nazywany Gandalfem, wykupil przejazd promem i w czwartek jedziemy do Polski.

 

 

JAK ‘A’ ZOSTAL GANDALFEM



W ubieglym roku, w sylwestrowy poranek, pstryknelam taka oto fotke i zaraz wyslalam ja Lucuynie

Po czym dostalam odpowiedz:

“Kurwa Gandalf , Ty to masz towarzystwo na sylwestra”.

 

A jak juz jestem przy pseudonimach, to moja przyjaciolka - Lucyna, od zawsze byla Psota i od teraz tak ja tu bede nazywac.


wtorek, 02 października 2018
MILE SPOTKANIE

W ubiegly poniedzialek na fejsie, zobaczylam post mojej ciotki z lokalizacja - LONDYN. Wiem, ze ma tu kolezanke, wiec szybko napisalam komentarz: Bylas, czy jeszcze jestes w Londynie”. Po nie dligim czasie dostalam odpowiedz: “Witam Malgosiu. Jeszcze jestem, wracam w srode. Pozdrawiam.” A potem zadzwonila do mnie przez messenger’a i umowilysmy sie, ze zadzwoni przed poludniem we wtorek.

 

Mowiala, ze zadzwoni okolo 11-stej, wiec przygotowalam sie wczesniej, bo do konca nie wiedzialam o ktorej przyjdzie mi wyjsc z domu. Zadzwonila i umowilysmy sie na Covent Garden, na 16-sta.

Dotarlam bez problemu, nigdzie nie musialam lazic, bo umowilysmy sie pod stacja metra. Zosia troche sie spoznila, ale starsza pani ma swoje prawa.

 

Przywitalysmy sie, poznalam jej kolezanke ktora powiedziala, ze kawalek dalej sa kawiarnie, gdzie mozemy pojsc na kawe i poszla zalatwic jakas swoja sprawe. W pierszej nie bardzo bylo gdzie usiasc, wiec poszlysmy do drugiej i tam byly wolne miejsca. Zosia zostawila mnie przy stoliku z siatkami i poszla kupic kawe.

 

A potem gadalysmy i pierwsze Zosia pytala co u mnie, jak moj ‘A’, co u Magdy i jak sprawuje sie Mira i jak radzi sobie Marek. Potem ja dowiedzilam sie jak u niej, niestety choruje … Jej choroba zaczela sie jeszcze jak mama zyla, wiec trwa to juz od okolo czterech lat, pierwsze byly guzy chyba na jajnikach, byla operacja, naswietlania, chemia … I jakis czas byla nadzieja . Niedawno nastapila wznowa, rak zatakowal otrzewna … Teraz znowu jest chemia … Zosia dosc dlugo nie odwiedzala swojej kolezanki i teraz sie zdecydowala, tak pomiedzy jedna a druga chemia, bo niezle sie czuje i jak powiedziala: trzeba kozystac, bo nie wiadomo jak bedzie dalej”, bardzo spodobalo mi sie jej podejscie i przyznalam jej racje. Kolezanka jak juz zalatwila co zalatwic miala, to przyszla do nas i posiedziala chwile, a potem zabrala jedna z siatek z zakupami i poszla do domu, zostawiajac nas znowu same. Chwile jeszcze posiedzialysmy i pogadaly, powspominalysmy tez moja mame, bo Zosia byla w Bielsku jak mama byla juz w hospicjum i tam ja odwiedzila, ale na pogrzeb nie mogla przyjechac, bo zle sie czula.

Potem jeszcze odprowadzilam ja pod dom w ktorym mieszka jej kolezanka i tam sie pozegnalysmy. Na koniec Zosia jeszcze zapytala czy aby na pewno trafie pod metro, rozesmialam sie, ze nie ma problemu, bo jak cos poplatam, to wlacze sobie nawigacje w telefonie.

 

Oczywiscie, ze poplatalam i wlaczylam nawigacje.

 

Dziwne to bylo spotkanie, dziwne dlatego, ze Zosia mieszka w Warszawie i ostatni raz widzialysmy sie u niej, tuz przed moim wyjazdem. A jak ostatni raz bylam w stolicy, to z nia niestety nie mialam okazji sie spotkac. Idac do metra pomyslalam sobie, zreszta nie po raz pierwszy, ze swiat sie naprawde kurczy.

 

Zosia to kuzynka mojej mamy, taka dalsza, ale to nie wazne .. Poznalam ja kiedy zamieszkalam w Warszawie, mama dala mi jej numer telefonu. Bylam tam pare razy sama, a potem z dziecmi i wnuczka. Moj ‘A’ tez mial okazje tam ze mna byc i poznac Zosie i Gienia. A nawet kiedys bylismy tam z razem mama. Zosia zamowiala u mojej mamy kilka obrazow i ja przywozilam je z Bielska.

 

Zosia jest przesympatyczna osoba i jej Gienio rowniez, to naprawde fantastyczni ludzie i bardzo goscinni. Kiedy pierwszy raz tam przyszlam i wyskoczylam z “ciocia” to mi powiedziala, ze nazywa sie Zosia i mam jej nie ciociowac.

 

Jestem bardzo zadowolona, ze moglam sie z nia spotkac, bo nigdy nie wiadomo co bedzie, moze byc i tak, ze juz sie nie zobaczymy … A moglysmy sie spotkac tylko dlatego, ze w listopadzie ubiegleo roku, wypatrzylam ja w podpowiedziach na fejsie i wyslalam do niej zaproszenie. Zosia zaproszenie przyjela i odrazu zadzwonila do mnie przez messenger’a.

 

A tak na marginesie, to z moja siostra nie mam kontaktu, bo ona uparla sie, ze nie bedzie obslugiwala SMS-ow, chociaz kiedys to robila, ale na telefonie z dotykowym wyswietlaczem sie nie nauczyla … Dowiedzialam sie tez, ze nie ma ani WhatsApp ani Viber. A o poczcie elektornicznej w jej przypadku lepiej nie wspominac. Co do SMS-ow to wykrzyczala do mnie, ze “tym bawia sie tylko gowniarze”.

A ze starsza pania moge sie kontaktowac za pomoca SMS-ow, a teraz i przez fejsa i nawet przez WhatsApp, bo tez ma.

 

Nie wiem co los przyniesie i dlatego bardzo ciesze sie z tego spotkania. Dobre jest tez to, ze mozemy sie kontaktowac przez facebok’a.

 


Takie podkladki pod kubki sprezentowalam Zosi, bardzo sie ucieszyla.

poniedziałek, 03 września 2018
ZNALAZLAM STARE ZDJECIA, JESZCZE Z NOKI

Te zdjecia to juz historia, 2008 rok ...

To byl szal, dziadek chodzil do zabawkowego i kupowal, Mira miala cala kolekcje


Mira, jako sowa


Jeden z obrazow mamay, namalowala go dla sojej kuzynki

Lejek (na pierszym planie) ze swoja mama Toska. Toska juz za teczowym mostem, a Lejek ma 12 lat, tak jak Miniek

Przed jednym z egzaminow maturalnych

Te zdjecia przywoluja wspomnienia, 2008 ostatni rok w Polsce.


niedziela, 02 września 2018
WSPOMNIENIA I SMUTNA ROCZNICA

Mam starszna migrene od wczoraj … Nie jestem w stanie nic robic …

Mysle sobie o mamie, gdyby zyla miala by 84 lata.

Niestey 3 lata temu, w dniu swoich imienin, wieczorem, zasnela ostatni raz.

A niecaly rok wczesniej, w pazdzierniku, jeszcze nie wiedzac co w niej rosnie, byla szczesliwa u wnuczki w Norwegi.


http://dinaikoty.blox.pl/2014/10/Norweskie-opowiesci-mojej-mamy.html


A kiedy wrocila, ze swojej pierwszej w zyciu, tak dalekiej podrozy zaczela sie jazda bez trzymanki … Pierwsze okazalo sie, ze ma problemy z polykaniem. Byl lekarz pierwszego kontaktu, stosowne badania i wstepna diagnoza - rak zoladka. Potem tuz przed swietami Bozego Narodzenia, byl szptal i bardziej wnikliwe badania, potwerdzajace pierwsza diagnoze.  

Od poczatku, od dnia kiedy uslyszlam ta wstepna diagnoze wiedzialam, ze mama juz z tego nie wyjdzie.

Potem polecialam do mamy, na tydzien, koncem stycznia. Wtedy Magda zrobila piekne zdjecia, a jedno z nich Urszula dala do oprawy i powiesila u mamy na scianie. Z tamtego tygodnia, ja mam tez troche wlasnych zdjec.

 

A w lutym mama miala wylew …

 

Siostra caly czas mowila, ze bedzie lepiej, ze jak mama nabierze sil to bedzie miala operacje … nic nie mowilam, ale po cichu wiedzialam swoje. Zastanawialam sie tylko, kogo ona usiluje bardziej podtrzymac na duchu, siebie, czy mame … Od poczatku rokowania byly zle, rak zajal caly zoladek, az do przelyku i siostra o tym wiedziala, wiec bylo dla mnie calkowicie niezrozumiale to, ze ciagle jak mantre powtarzala: “jeszcze nie wiadomo jak to bedzie …. “

 

W kwietniu, zaraz po swietach, znowu bylam u mamy, na 10 dni. Spotkalam sie wtedy ze starsza siostrzenica i poznalam jej coreczke Sonje i maza Jonasa, bo akurat przyjechali do Bielska i Kasia ostatni raz widziala sie z babcia. Porobilam wtedy im wszystkim ladne zdjecia.

http://dinaikoty.blox.pl/2015/04/Na-szybko-kilka-zdjec.html

Jeszcze raz polecialam do mamy w maju. Bylo juz bardzo zle, mama bardzo malo jadla i pila, siostra ratowala ja kroplowkami. Probowalam jej cos gotowac i miksowalam to, ale z dnia na dzien jadla coraz mniej, porcje jak dla ptaszka … Jedyna jej odskocznia od choroby, bylo malowanie i malowala prawie do samego konca … chociaz sil miala coraz mniej i nie mogla dluzej usiedziec i bardzo ja to meczylo.To bylo bardzo przykre, byc tam i patrzec jak z dnia na dzien ucieka z nij zycie ...


Tutaj malowala obraz dla swojej prawnuczki, Sonji.

Nastepnie ustalilysmy z corka, ze ja zabiore do siebie Mire na wakacje, a ona zajmie sie babcia, w czasie kiedy moja siostra pojedzie do Norwegi, do swoich corek.

Zaraz jak skonczyl sie rok szkoly, pojechalam jeszcze raz do mamy na tydzien. Mira przyjechala do Bielska autobusem i potem razem lecialysmy do Londynu.

 

W 22-go sierpnia byl slub corki i jechalismy wtedy samochodem do Polski, do mamy, odwiezc wnuczke i na ten slub. Mama byla juz wtedy w hospicjum. Jezdilismy do niej w trojke: ‘A’, Mira i ja.


http://dinaikoty.blox.pl/2015/08/Dostalam-Dzisiaj-od-Brata-Po-prawej-Sylwia.html

 


Ostatnie zdjecie, mama i ja. Za kazdym razem kiedy odwiedzalismy ja w hospicjum zabieralam ja na zewnatrz, byla piekna pogoda.

Z Bielska pojechalismy do Przeworska, na slub corki. Dzwonilysmy do babci i opowiadalysmy jej o slubie i przyjeciu, bardzo byla przejeta i cieszyla sie, ze o niej pamietamy. Potem koncem sierpnia ‘A’i ja wrocilismy do Londynu.

 

Na kilka dni przed smiercia, przeniesli mame z ogolnej sali, na sale gdzie byla sama. Nie chciala byc sama i skarzyla sie Lucynie ... Moze dzien, albo dwa przed smiercia, kiedy Lucyna do niej przyszla, zlapala ja za reke i powiedziala: "widzisz tego faceta ktory stoi pod drzwiami do lazienki", Lucyna nikogo nie wiedziala, wiec zaprzeczyla i zapytala: "jakiego faceta, Stefciu?", Moja mama na to odpowiedziala: "no jak to nie wiedzisz go, on tam stoi pod drzwiami do lazienki i robi nici."

 

Mama niedlugo byla w hospicjum, bo chyba tylko 3 tygodnie.

Drugiego wrzesnia odeszla. A dla mnie z jednej strony byla to ulga, ze juz sie nie meczy ... juz nic ja nie boli … ze jest w lepszym miejscu … a drugiej zal i pustka, bo juz jej nie ma …

 

Nie, nie plakalam … Ja rzdko placze. Wydawalo mi sie, ze bylam przygotowana na jej smierc, ale wychodzi na to, ze bylam w duzym bledzie. Przechorowalam prawei caly rok, z jednego przeziebienia wpadalam w nastepne i ciagle cos mi dolegalo. Nie moglam sie tez pozbyc, nadprogramowych kilogramow, ktorych dorobilam sie zajadajac ciezka sytuacje ptasim mleczkiem.  Dopiero po roku zaczelam wychodzic na prosta i dopiero wtedy zrozumialam w czym rzecz, zaloba rzadzi sie wlasnymi prawami i ma swoje etapy.

 

Mamy juz nie ma i pewnie przyszli po nia Ci ktorych widzialam w swojej wizji, Ci ktorzy na nia czekali. A na druga storne przeprowadzil ja facet ktory robil nici ...

A ja dzisiaj zapalilam lampion ktory robilam z mysla o mojej mamie.

 

(Zdjecia lampionu zamiaszcze pozniej, telefon niestey bede miec dopiero we wtorek.)

piątek, 31 sierpnia 2018
NAJGORSZA PODROZ DO POLSKI

W ubieglym roku, na Wielkanoc, pojechalismy do corki.

‘A’ mial dla niej piec CO, kombinowal zeby go wyslac, ale jakos mu to nie wychodzilo. Z kolei Magda chciala zeby tata osobiscie zobaczyl i ocenil, ich ogrzewanie, ktore sami sobie zrobili i zlecil ewentualne poprawki. Bardzo tez namawiala nas na ten przyjazd, bo chciala sie na zywo pochwalic swoja mala coreczka, kotra miala juz wtedy 8 miesiecy. ‘A’ sie wachal, nie bardzo sie mu chialo, a i samochod cos tam dymil na czarno. Ostatecznie rozwazylismy wszystkie ZA i PRZECIW i zdecydowalismy, ze jednak pojedziemy.

 

Wyjechalismy w wielki czwartek, bardzo rano, bo prom z Dover mielismy o 8-mej. Potem jechalo sie nam nawet dobrze, bo zadnych problemow po drodze nie napotkalismy, ale do czasu …

 

Ja przed samym wyjazdem zlapalam jakies paskudne przeziebienie, co prawda najgorszy etap mialam juz za soba, ale to jednak zadna przyjemnosc byc niezdrowym w trakcie tak dlugiej trasy. Lykalam witamine C, jak kaczka chleb i jakos sie trzymalam, chociaz chorobsko i zmeczenie dawalo mi popalic.

 

Przejechalismy przez Francje, Belgie i Holandie, wjechalismy do Niemiec i strasznie rozbolala mnie glowa ... niestety nie mialam ze soba Ibupromu. Zjechalismy do jakiegos miasta i weszlismy do jakiegos supermarketu. Pokrecilismy sie tam troche i zakupilismy sobie transporterek Paulanera i cos przecw bolowego dla mnie, cos co bylo, nieprzymierzajac w cenie zlota, w Uk tego typu srodki sa duzo tansze. 

 

Zatrzymywalismy sie na kawe i siku, ale zarcia nie kupowalismy, bo zabralam kanapki i cos tamm jeszcze.

 

Jechalismy dzielnie sie trzymajac, przez caly dzien, az do poznej nocy. Dopiero gdzies okolo trzeciej nad ranem, a raczej ciemna noca, chlop stwierdzil, ze ma dosc i musi sie przespac i zjechal na jeden z parkingow przy autostradzie. Stalismy tam jakies dwie godziny, a moze trzy, nie pamietam dokladnie. Ja zmarzlam jak cholera, nie przespalam sie prawie wcale, ale to byl tylko taki maly pikus, bo najgorsze zaczelo sie dopiero pozniej …

 

‘A’ wyliczyl, ze w piatkowy poranek, tak moze miedzy 8-ma a 9-ta bedziemy w Bielsku. Tak pewnie by sie stalo gdyby nie korek, w ktorym utknelismy, tylko na jakies 6 godzin, na autostradzie z Wroclawia do Katowic. A dokladnie to ten korek zaczal sie juz  na trasie przed Zgorzalcem. ‘A’ wkurzyl sie i zjechal z autostrady i tym sposobem zwiedzilismy miasto.

Niestety juz w Polsce wrocilismy na autostrade i poruszalismy sie w slimaczym tepie. Przyczyna korasa wielgasa, byly dwa wypadki i zamkniecie jednej czesci autostrady, na dlugim jej odcinku i caly ruch odbywal sie tylko na dwoch pasach. Na zamknietej czesci drogi, podobno mialy sie odbywac nadal roboty remontowo - budowlane tylko, ze chyba sie nam cos na oczy rzucilo, bo nic sie tam nie dzialo. Wdzielismy tylko kilku facetow, nie wiecej niz pieciu, w odblaskowych kamizelkach ktorzy smetnie lazili tam i nazat i zeby chociaz jakies lopaty mieli w rekach i pozorowali, ze cos robia, ale nie … Wszystkie maszyny staly nieruchomo. A tak na marginesie, to osobiscie tez by sie mi nie chcialo zapitalac w Wielki Piatek. Nic dodac, nic ujac i jeszcze musielismy za to zaplacic. Jak juz zaczelo nam odwalac, to zjechalismy na jakis serwis, czy cos w tym rodzaju, na siku i zeby na chwile nogi rozprostowac.

 

Kiedy juz przebrnelismy ta droge przez meke, to w Bielsku wyladowalismy jakos okolo 15-stej.

Lucyna, kiedy w koncu do niej dotarlismy, pierwsze co zrobila to zapytala, czy zostajemy na noc. Zostalismy. Rano przyszedl do nas moj brat, chwile pogadalismy, a potem pomogl Andrzejowi zapakowac do auta moje ksiazki, a bylo tego 6 kartonow po bananach. Zabralismy jeszcze dla Magdy, stolik po babci, o ktorego przywiezienie nas prosila. A potem wyruszylismy w dalsza droge.

 

I tak dotarlismy do Przeworska, dzien pozniej niz planowalismy.

 

I dlatemu mi sie nie che, bo jak sobie prrzypomne ten koras i wszystkie atrakcje z nim zwaizane, no to mi sie odechciewa calej Polski.

środa, 29 sierpnia 2018
NIE WIEM ... A MOZE JEDNAK W TRASE WYRUSZYMY ...

Jak wnuczka poleciala do domu, to slubny rzucil pomyslem, ze moze bysmy gdzies na weekend wyskoczyli … Na weekend to ja bardzo chetnie, ale problem w tym, ze u niego pomysl takowy, zapala sie jak ta iskierka od bajek dla Wojtusia i jeszcze dobrze nie rozbysnie a juz gasnie ... A potem, jakos za dwa, a moze trzy dni, pomysl wyjazdu weekendowego zmienil sie na wyjazd do Polski, poniewaz okazalo sie, ze punkty na naszej karcie stalego klienta Tesco, mozna wykorzystac na przejazd tunelem.

Nie bardzo wiem, skad mu tak nagle przyszedl do glowy ten pomysl, bo jak jestesmy tu razem juz 10 lat, to on raczej nie bardzo palil sie do odwiedzin kraju ojczystego. Jak juz tam jechal, to zazwyczaj byla jaks wyzsza potrzeba, a nie ot taki sobie wakacyjny, czy inny swiateczny wyjazd. Moze to dlatego, ze wymienil nareszcie sprzeglo i inne takie … i samochod jest prawie jak nowy, no nowy to za duzo powiedziane, ale powiedzmy, ze odmlodzony i on sie tym cieszy i mozna by w trase wyruszyc. A moze corka go zagaduje, bo mlodsza wnuczka rosnie … pewnie tak, bo mnie tez pyta kiedy przyjedziemy.

 

Tylko ja nie wiem czy do tego dojdzie, bo ja czesto mam wrazenie, jakby moj ‘A’ byl przyspawany do roboty i chalupy. To ja wymyslam wszystkie niedzielne wycieczki, czy odwiedziny u syna, jemu wystarcza wypad do Tesko, na cotygodniowe zakupy …

 

Tylko, ze ja jakos nie bardzo pale sie do tego pomyslu. Nie, nie dlatego, ze nie chce, nie dlatego, ze Krzyska nie ma i nie ma kto zaopiekowac sie kotami, bo ostatecznie mozna Wojtka poprosic i przeszkolic w podawaniu tabletek Rufusowi. Nie pale sie do tego pomyslu, bo jak sobie pomysle o naszej ostatniej podrozy do Polski samochodem, to sie mi wszystkiego odechciewa.

 

Weszlam sobie w mapy i teoretycznie trase z Londynu do Bielska mozna przejechac w jakies 18h, a do Przeworska w okolo 20h, niestety w praktyce nie jest to mozliwe, bo czlowiek chociazby na siku musi sie zatrzymac. Najszybciej przejechalismy ta trase chyba w 22h, z tym, ze wtedy jechalismy do Warszawy, bo corka jeszcze tam mieszkala.

 

Tylko, ze to bylo jakis czas temu i oboje mielismy mniej lat, przespalo sie chwile w samochodzie i bylo OK, a teraz czlowiek juz starszy jest, niestety i zmeczenie daje szybciej po dupie. Ja czuje sie mloda duchem, ale cialo ma juz swoje ograniczenia i wyzej dupy nie podskoczy.

 

Trasa jest dluga, z pod naszego domu do Bielska to jest okolo 1,613km, a do Przeworska to okolo 1,836km, w obu przypadkach trasa jest taka sama z tym, ze kiedy jedziemy do Przewoska to mozemy zachaczyc o Bielsko, albo nie. Z domu do Dover na prom, czy do Folkestone na tunel mamy okolo dwoch godzin. Promem plynie sie okolo 1,5h, a tunelem jedzie sie 35min. A potem z Calais do Zgorzelaca okolo 11h (czas podany na mapach, bez postoju), chwile przez Francje, Belgie i Holandie, a potem, najdluzej przez Niemcy. Przez Niemcy dobrze sie jedzie, jedziemy autostrada przez Duisburg, Essen, Dortmund, mijamy zjazd na Getynge, potem przez Drezno i z tamtad jest juz rzut beretem do Zgorzelca.

 

Kiedy jedziemy do Bielska, to ze Zgorzelca jedziemy autostrada na Wroclaw i potem na Katowice. Z katowic do Bielska jest juz tylko kawalek. Z kolei gdybysmy nie zachaczali po drodze o Bielsko to z Wroclawia, jadziemy na Opole i dalej na Krakow. Teraz jest juz autostrada z Krakowa do Rzeszowa, moze dalej tez juz jest, ale ja tego nie wiem. Z Rzeszowa mamy juz nie cale 40km do Przeworska.

 

Tak wyglada cala nasza trasa, a ze, najduzej jedzie sie przez Niemcy, to tam zawsze robimy postoj, bo kierowca swoje prawa ma, a ja niestety zmienic go nie moge, bo prawa jazdy nie mam. Fajne bylo by gdyby mozna bylo sie gdzies zatrzymac i odpoczac, przespac sie w pozycji horyzontalnej, a nie pozwijani w klebki w samochodzie. Co prawda ‘A’ ma brata ktory mieszka w Ansbach, ale musielibysmy nadlozyc kawal drogi i potem jechac jakos przez Czechy do Polski. Zreszta ‘A’ nigdy nawet nie wpadl na taki pomysl. Ja juz wczesniej mowilam mu, ze moze by zarezerwowac sobie jakis pokoj po drodze, ale odpowiedzial mi, ze on nie wie kiedy bedzie mu sie chcialo spac, jakby nie wiedzial, ze spi sie w nocy i mowi to kots, kto przyklada glowe do poduszki i juz chrapie …

 

Zreszta jak tak teraz czytam, jak ludzie jezdza samochodami do Polski i to mlodzi ludzie … Rezerwuja sobie pokoje w motelach zeby sie przspac i umyc, zjesc cieply posilek, to stwierdzam, ze my to jednak uprawialismy straszna kaskaderke … Na calej trasie zatrzymywalismy sie tylko na kawe i siku, jeden raz zeby cos zjesc i jeden raz na dwie albo trzy godziny, zeby sie przespac.


Nie wiem jeszcze czy dojdzie do tego wyjazdu, bo jak narazie ucichlo … byc moze iskierka juz sie spalila … ale ja napewno nie chce jechac do Polski samochodem na Boze Narodzenie. Uwazam, ze jak mamy jechac to jeszcze teraz, jak jeszcze jest cieplo i nie trzeba zakladac na siebie kurtek i czapek jak sie z samochodu wychodzi.

 

Ja juz to przemyslalam i jak Wojtek (chlopak ktory teraz z nami mieszka) zgodzi sie zajac kotami, to powinnismy wybrac sie w ta trase teraz, albo najpozniej na poczatku pazdziarnika, bo pozniej, to ja sie nie pisze na taka eskapade. Pozniej to ja zawine sie w cieply kocyk i z kubkiem goracej herbaty, albo drinkiem i zasiade w swoim fotelu w celu przezimowania.

 

I nigdy wiecej nie chce jechac na zadne swieta, do Polski samochodem. Ostatnia podroz na Wielkanoc dwa lata temu, tak nam dala popalic, ze dlugo jeszcze bede ja pamietac.

środa, 22 sierpnia 2018
NOWY RUFUS - FENIXEM ZWANY

Jak juz Rufus doszedl do siebie i zaczal sie na powrot interesowac otaczajacym go swiatem, to ja zupelnie go nie poznalam … A wszystko zaczelo sie od tego, ze zaczal lazic za mna, tak poprostu lazic, jak zwykle to robia psy. Ja zeszlam po cos do kuchni, a on podreptal za mna na dol, tylko po to zeby po chwili pojsc za mna na gore do sypialni. Ja udalam sie do kibelka … a jak wychodzilam to on czekal pod drzwiami. Zrobilam sobie kawe i usiadlam z nia w fotelu, wzielam laptopa na kolana, a Rufus polozyl sie na kanapie. Kawa sie skonczyla, wstalam odnioslam kubek do kuchni i poszlam na gore i myslalam, ze juz dosc sie nachodzil, ale gdzie tam, okazalo sie, ze przywlokl sie za mna … I tak niestrudzenie lazil za mna przez dosc dlugi czas. Potem kiedy wnuczka przyjechala koncem czerwca i zaczely sie upaly, to wyluzowal. Teraz juz tak za mna nie lazi, chociaz czesciej niz kiedys kladzie sie blisko mnie, np teraz lezy na podlokietniku kanapy, czyli na wyciagnecie mojej reki, moge go swobodnie poglaskac.

 

Krzatalam sie w kuchni, mieszajac w garach, jak zwykle sluchajac jakiegos audiobooka albo radia i nagle poczulam sie obserwowana, odwrocilam sie i jakiez bylo moje zdumienie kiedy zobaczylam Rufusa siedzacego przy stoleczku i z uwaga sledzacego moje poczynania … On tego nigdy wczesniej nie robil … To Monio czesto dotrzymywal mi towarzystwa w kuchni, a Rufus mial to w glebokim powazaniu, on wolal drzenke sobie uciac. Z tym tez juz wyluzowal, jakos w tym samym czasie co z lazeniem za mna.

 

Siedzialam sobie w fotelu przebierajac slupki szydelkiem, nagle Rufus wskoczyl na podlokietnik kanapy, mrumknal na mnie i bez ceregieli zaczal mi sie wpychac na kolana, zdazylam go przystopowac na tyle, zeby nie rozwalil mi sie na robotce i nawet nie przeszkadzalo mu potem to, ze owa robotka wyladowala na nim, a ja na dokladke caly czas nia ruszalam … On nie specjalnie byl kotem nakolankowym, bo chlopak poprostu nie lubi jak sie mu podloze wierci, a kolana czeto wykonuja jakies niepozadane ewolucje. Owszem jak pancio wracal z pracy, to lubil sie mu wladowac na kolaka i troche tam sobie polezec, ale nie za duzo i nie zawsze. A teraz prawie codziennie laduje mi sie na kolana i malo tego nawet kaze sie glaskac, domagajac sie tego na rozne kocie sposoby. Teraz to nawet potrafi wlezc mi pod pache i zwinac sie w klebek na podlokietniku fotela i nie wlazic przy tym na laptopa, podobnie jak zazwyczaj robi to Minio. Na dokladke nie przeszkadza mu jak moje kolana sie wierca, a nawet potrafi zaprotestowac jak chce wstac, no bo dlaczemu, jak jemu sie tak fajnie lezy ….

 

Lezy sobie na gorze, pod drzwiami do naszej sypialni, albo na kanapie w salonie, czy gdzies tam i jak ja przechodze obok to on mowi: mruuumm i rozciaga sie rozkosznie, mowiac calym soba: no poglaszcz mnie … Trudno taka prosbe zignorowac i tak np jak ide do kibelka, to glaszcze go raz, a potem drugi jak wracam na dol. Czesto tez jak robie cos w kuchni to przylezie i jojczy i jak wiem, ze nie jst glodny to znaczy, ze dopomina sie o uwage: poglaszcz ... powiedz cos … popatrz na mnie siedze tu … Jak zagadam i poglaszcze to siada sobie cicho w kaciku, albo wychodzi.

 

A najlepsze bylo jak nalozylam Minkowi do miski miecho z kurczaka i okazalo sie, ze Rufus tez chce, malo tego, zezarl ze smakiem i jeszcze dopominal sie o dokladke. Teraz jak czasem serwuje kurczaka, to juz nie ma problemu co dac Rufusowi. Dzisiaj tez byl w meni kurczak i chlopak jadl az sie mu uszy trzesly.

 

Zaczal tez do mnie gadac, a raczej zagadywac: Teraz jak wchodzi do kuchni, a ja jestem zajeta to juz nie wali mnie upazurzona lapa w lydke, tylko werbalnie obwieszcza swoje wejscie. Albo jak sobie akurat siedzi w kuchni, bo taka ma ochote, a ja zerkne w jego strone to on mowi: mial, ot tylko tak zeby zagaic. Gada tez do mnie jak jest na patio, czy pod domem, ot tak sobie zamialknie do mnie, bo ma taka fantazje. Ogolnie zrobil sie bardziej gadatliwy, niz byl wczesniej.

 

Minio zaskakuje mnie czyms bardzo czesto, ale Rufus po tej chorobie poprostu wprawil mnie w oslupienie. Takiego mam teraz Fenixa ktory pcha sie na kolana, chciaz kiedys mu to zwisalo, zre kurczaka, chociaz wczesniej to wolal glodny chodzic, zagaduje ot tak, zeby zaznaczyc swoja obecnsc, ogolnie to chyba stwierdzil, ze ma calkiem fajna pancie.

 

Taki to jest ten moj nowy Rufus - Fenixem zwany i lubie go takiego innego, przytulasnego i zagadujacego.

sobota, 18 sierpnia 2018
ZUPELNIE JAK FENIX

Jak juz pisalam wczesniej, w styczniu Rufus sie pochorowal i bylo naprawde dramatycznie.

Nie wiem co mnie tknelo, co zwrocilo moja uwage, jednego dnia jeszcze wszystko bylo OK, a drugiego wyraznie cos mnie zaniepokoilo, cos z tylu glowy mi szeptalo, ze cos jest nie tak, cos pytalo kiedy ostatnio sprzatalam kuwete ... Nie wiem dlaczego tak, ale spokoju mi to nie dawalo i dlatego tego samego ranka, kiedy pojawil sie niepokoj, zamknelam Rufusowi drzwi przed nosem i zarzadzilam areszt domowy, byl to strzal w dziesiatke. Przez caly dzien i noc kuweta pozostala sucha, bylam tego pewna, poniewaz na noc zabralam Minka do naszej sypialni i Rufus zostal sam w salonie. Tego dnia tez obserwowalam go bardzo dokladnie i zauwazylam, ze jest osowialy i nie je, chociaz dzien wczesniej jeszcze jadl.

Rano nastepnego dnia, a byl to 11 styczen, powiedzialam mojemu ‘A’ jak sie sprawy maja i co ja o tym mysle.

 

Biorc pod uwage to, ze kot ma juz prawie 14 lat, a od ponad 12 jest leczony na astme, z czego na poczatku, jeszcze w Polsce dostawal co 2 - 3 miesiace uderzeniowe dawki sterydow w zastrzyku, co nie bylo dobre, bo jest to dosc zabojcza terapia jak dla kotow, bo sterydy u niech to bron obosieczna, z jednej strony pomagaja, ale z drugiej w wiekszosci przypadkow wywoluja cukrzyce i moga uszkodzic nerki. Lepsze jest leczenie niewielkim dawkami sterydow, podawananymi kazdego dnia i od kiedy przywiezlismy koty do Londynu to Rufus dostaje dwa leki w tabletkach. Dalego biorac to pod uwage mozna sie bylo spodziewac najgorszego.


Niestety wygladalo to naprawde bardzo zle, bo w ciagu dnia nastapilo duze pogorszenie. Obawiajac sie, ze z racji mojego slabego angielskiego, moge sobie w tym przypadku nie poradzic, a nie chcialam aby wciskano mi jakies inwazyjne leczenie, poprosilam 'A' zeby poszedl ze mna do lecznicy. Umowilismy sie, ze ja zaraz pojde zalatwic wizyte i potem zadzwonie do niego i powiem mu o kotrej to bedzie.


Slubny przyszedl na czas i o 17-stej stawilismy sie w lecznicy. A tam wetka po wysluchaniu nas, zaproponowala nam oddac zwierzaka na noc do szpitala, za jedyne £1000 i zapytala czy nas satc i czy sie zgadzamy. Nie zgodzilismy sie, ale pani miala z tym problem i jeszcze trzy razy usilowala nam ten szpital wcisnac. Ostatecznie zadzwonila do wyzszej instancji, bo pewnie sama bala sie podjac decyzje. Skonczylo sie na tym, ze kot dostal zastrzyk i tabletke, po czym wyznaczono wizyte na nastepny dzien rano i poszlismy do domu, lzejsi o stowe. Ulzylo nam, ze jednak jeszcze wracamy razem z nim, bo szczerze mowiac ja bylam przygotowana nawet na to, ze wrocimy z pustym kontenerkiem.


Jestem przekonana, ze w tym szpitalu dostal by dokladnie ten sam zastrzyk i ta sama tabletke i nie sadze, ze zrobiono by cokolwiek wiecej. A staremu, prawie 14 sto letniemu kotu, stres spowodowany pozostawieniem go w nieznanym miescu i obcymi niemilymi dla niego szpitalnymi zapachami, oraz z obcymi ludzmi wcale by nie pomogl, a mogl by go nawet dobic.


Reakcja na zastrzyk byla praktycznie natychmiastowa, kot jeszcze jakos wylazl sam z kontenerka, ale potem nogi sie pod nim doslownie rozjechaly. Pewnie bylo to cos mocno rozluzniajacego, bo kot doslownie sie rozpywal i zachowywal tak, jak zwierze wybudzajace sie z narkozy. Zataczal sie i przewracal, byl mocno skolowany, po zrobieniu dwoch, trzech krokow doslownie padal nie raz przewracajac sie na bok … widok byl naprawde dramatyczny. Pilnowalam go zeby nie wlazl gdzies, gdzie nie powinien i zeby nie zrobil sobie krzywdy.

 

On nie lezy tak normalnie, on usilowal isc i padl i juz tak zostal na dluzsza chwile.

 


Tu wlazl mi pod pache i sie pocieszal.


Po jakiejs godzinie zaczal wlazic do kuwety, ale nogi odmawialy mu posluszenstwa, wiec nie bylo latwo ... Po kilku probach, udalo mu sie utrzymac na chwile w pionie i zrobil siku, pierwsze troche do jednej kuwety, a potem troche do drugiej. Odetchenlismy z ulga.


Kiedy przyszedl czas aby polozyc sie spac, Rufus wydrapal sie na gore i poszedl do naszej sypialni, czego zazwyczaj nie robi. Zostawilam go tam i nie tylko na ta jedna noc, przez cala chorobe spal z nami i pod czula opieka Minka.


Rano juz byl troszke lepszy i jeszcze raz zrobil siku. W lecznicy recepcjonistka pytala jak sie Rufus czuje, wyraznie sie ucieszyla kiedy jej powiedzialam, ze bylo siku i jest lepiej. Dostalismy pudelko specjalistycznej, mokrej karmy, dla kotow nerkowych, futrzak zostal zbadany i to w zasadzie bylo wszystko. Wrocilismy do domu znowu lzejsi o stowe, z wyznaczona wizyta, chyba za tydzien i zaleceniem, ze jakby cos sie dzialo to mamy przyjsc od razu.


Dawalam mu ta specjalistyczna karme, dodajac do kazdej porcji dwie lyzki wody. Pilnowalam zeby narazie jadl tylko to i nic innego i zeby Minio mu nie wyzeral. Minio to tez jest dobry zawodnik, bo jak kiedys mial zapalenie pecherza i dostal ta sama karme, to nie chcial tego jesc, a teraz, ze nie bylo dla niego to tylko czekal az sie obroce.


Do nastepnej wizyty, codziennie dolewalam do kazdej procji jedzenia dwie lyzki wody i codziennie rano i wieczorem bylo siku w kuwecie, codziennie tez bylo widac, ze jest troszke lepiej. Do teraz, obu kotom dodaje do mokrego zarcia wode i do miesa tez, a Rufusowi bardzo to odpowiada, bo potrafi dopominac sie o jedzenie, a potem konczy na wychlipaniu samego plynu.


W tej calej histori z choroba Rufusa ciekwe jet tez zachowanie Minka. Minio caly ten cczas, pilnowal swojego wujcia Rufcia i opiekowal sie nim. Lezal kolo niego przytulajac go, myl go calego, lacznie z ogonkiem i pod nim. Rufus w tym czasie duzo spal i przemieszczal sie w zasadzie tyko na jedzenie i korzystanie z kuwety. Minio caly czas, o ile tylko nie byl na zewnatrz za swoimi potrzebami, albo akurat nie jadl, spedzal przy Rufusie. Kiedy wracal z pola, pierwsze biegl sprawdzic co dzieje sie z jego wujciem Rufciem, a dopiero potem wolal o jedzenie. Gdziekolwiek Rufus by nie spal, Minio w tym czasie ani razu go z tego miejsca nie przegonil, co normalnie dosc czesto mu sie zdarza. Kiedy cos robilam przy Rufusie, czy to podawalam mu jego leki na astme, czy go karmilam, czy tylko glaskalam, zawsze sprawdzal co ja mu robie. On czesto sparwdza co ja robie z Rufusem, ale w tamtym czasie robil to inaczej, tak jakby bardziej intensywnie, potrafil nawet uderzyc nosem w moja reke i zarz go obwachiwal, jaby sprawdzal czy mu krzywdy nie zrobilam.

 

Czesto spaly tak pod biurkiem, w naszej sypilani, bo tam jest cieplutko.


A potem jednego dnia, chyba jakos zaraz po kontroli u weta, kiedy Rufus spal sobie na naszym lozku, Minio wskoczyl tam i powiedzial mu spadaj ptysiu, a ten sie poderwal i zeskoczyl na podloge. Widzac to parsknelam smiechem i juz wiedzialam, ze Rufus bedzie zyl, juz nie potrzebowal Minkowej opieki i skonczyl sie dla niego dzien dziecka.


Na wizycie kontrolnej mial zrobiny test nerkowy i on nie wyszedl za dobrze, no po takich przejsciach to raczej nie dziwne. Nie poszlam zrobic tego badania od razu, bo po pierwsze nie mialam kasy, bo na cala ta impreze poszlo jakies 4 stowy, a po drugie cos mi mowilo zeby z tym jednak troche poczekac.


I tak pozbieral sie chlopak i nadal cieszy nas swoim towarzystwem. W trakcie tych ciezkich dni starcil jakies 40 deko i dlugo potem dochodzil do swojej wagi, bo ponad pol roku. Ostatnio jak bylismy u weta to wazyl juz prawie 5,5kg, wiec jeszcze troszke mu brakuje. Od tamtych ciezkich dni mowimy na niego Fenixs, bo odrodzil sie on prawie jak ten mityczny ptak z popiolow.

 

A po chorobie zachowanie Rufusa sie zmienilo, to juz nie jest ten sam kot, ale o tym w nastepnym poscie ...

 

czwartek, 09 sierpnia 2018
KOTLET DLA WEGANINA

Na fejsie dzisiaj ktos zamiescil filmik, na ktorym w roli glownej byl wedzony arbuz … Bylo pokazane jak to przyzadzic i potem jak, juz pokrojone na plastry, wyladowalo to to na talerzu. Co kto lubi co kto woli, ale ja najbardziej lubie arbuza na surowo, koniec i kropka.

Pod postem ktos skomentowal, ze to jest alternatywa dla wegan, cos zamiast kotleta …

 

Juz kiedys sie nad tym zastanawialam, rezygnuja Ci wegetarianie, weganie czy inni jarosze z jedzenia miesa, a potem szukaja czegos co zastapi im kotlet, gdzie tu sens i logika. Moim zdaniem jak sie z czegos rezygnuje, to sie tego nie je i koniec. A oni szukaja i kombinuja, wymyslaja jakies jarskie hamburgery np z ziemniakow, czy inne kotlety sojowe, albo mielone z fasoli, robia gulasze w ktorych miecho zastepuja na ten przyklad dynia (brrr, nie lubie dyni jak mozna mieso dynia zastapic i potrawe nazywac gulaszem ???), ja do gulaszu dodaje cukinie, ale glownym skladniekiem zawsze jest mieso, ktore wczesniej krowa bylo.

 

Nie rozumiem tego, bo po kiego grzyba rezygnowac z czegos, zeby potem na sile kombinowac i szukac czegos, czym mozna by to zastapic. Jeszcze twierdza, ze jest wiele aternatyw i wystarczy sie tylko pochylic nad tematem i poszukac. Tylko po co sobie zycie utrudniac? Rezygnuja z miesa, a potem szukaja tych alternatyw i kombinuja utrudniajac sobie zycie i traca czas zeby znalezc jakies zamienniki … To po co rezygnuja, skoro potem im tego kotleta na talerzu brakuje … ?

 

Ja nie jestem wegeterianinem, a miesa jem raczej niewiele i nie szukam zadnych zamiennikow. Smaze chlopu jego ukochane wieprzowe kotlety, ktorych nie jadam i jem ziemniaki z sama surowka czy inna kapusta i kotlet na talerzu nie jest mi do niczego potrzebny. Kotletow z karczku niegdy nie lubilam, a od kilkunastu lat nie jadam rowniez schabowych. Kiedy gotuje mu gulasz ze swini, ktory najczesciej podaje z kasza, to ja jem sobie miske kaszy z duszona cebulka i kiszonym ogorkiem i nie potrzebuje do tego niczego, co ma mi ten gulasz udawac. Kotlety mielone kiedys bardzo lubilam, ale nie robie ich od dluzszego czasu, bo mieso jest coraz gorszej jakosci i one mi nie samkuja i nie robie sobie kotletow sojowych czy z innej fasoli. Wedliny nie jadam, bo jej jakosc jest jak dla mnie podla i wystarcza mi kromka z maslem i czosnkiem, bardzo lubie i czesto tak jadam na sniadanie i nie zastanawiam sie nawet, czym mogla bym zastapic plasterek szynki.

 

I tak sobie mysle o co chodzi z ta alternatywa? I doszlam do wniosku, ze to siedzi w psychice. Nauczeni od dziecka, ze na talezu maja byc trzy rzeczy: ziemniaki, kotlet i kapusta, tak im sie ten wzorzec wyryl w glowach, ze teraz nie potrafia zjesc obiadu bez tego kotleta i dlatemu musza go koniecznie czyms zastapic. Takie i inne wzorce, wpajaja nam rodzice w dziecinstwie i potem ciezko sie tych przyzwyczajen wyzbyc.

 

Ja na szczescie jakos nigdy temu nie ulegalam i nie musialam miec na niedzielny obiad rosolu, a na snaidanie moglam ze smakiem zjesc reszte zupy od wczoraj, a na obiad kanapki. A kiedy zrezygnowalam ze slodzenia kawy, a potem herbaty to nie szukalam zamiennikow i poprostu nie sypie nic slodkiego do moich goracych napojow i juz. Nazywam tez rzeczy po imieniu, dla mnie kotlet sojowy, to wlasnie jest kotlet sojowy, a nie mielone. Corka robila kiedys pyszne pasztety sojowe i nawet nam przez mysl nie przeszlo mowic, ze to pasztet z krolika. Jak zrobila gulasz z dyni (ona lubi), to nie wpierala mi, ze to swinia z mysla, ze sie dam nabrac. Kotletow z fasoli nie robie, bo nie lubie mielonej fasoli i nie wiem jakie kotlety mialo by mi to imitowac. A kotlety z boczniaka mialam kiedys okazje jesc, sa pyszne, ale to kotlety z grzyba a nie schabowy.

 

I dlatego nie rozumiem do czego ma sluzyc to szukanie zamiennikow, bo dla mnie to tylko utrudnianie sobie zycia i oszukiwanie samego siebie, bo jak sie z czegos rezygnuje to sie rezygnuje i koniec.

 

A ja osobiscie, czas ktory miala by tracic na to cale szukanie, tych wszystkich zamiennikow i potem produkowanie kotletow z fasoli, ktorych zrobienie zabiera duzo wiecej czasu niz usmazenie schabowych, wole np poswiecic na czytanie ksiazki.

poniedziałek, 06 sierpnia 2018
CO JA MAM Z TYM KOTEM

Skonczyly sie Rufusowi tabletki, te ktore zawsze mozna kupic w lecznicy. Poszlam wiec w ubiegly wtorek i zamowilam mu wizyte na srode, postanowilam tez powtorzyc nerkowy test krwi, ktory ostatnio nie wyszedl dobrze. Troche z tym zwlekalam, miedzy innymi dlatego, ze ceny u weterzynarza moga wpedzic czlowieka w bankructwo.

O 16-stej zapakowalam futro do kontenerka i kilka minut pozniej wyszlam z domu, zeby zdazyc tam na 16:15. Na miejscu okazalo sie, ze musialam zaczekac, jakos tak okolo 20-scia minut, bo wetka byla zajeta.

Kiedy juz weszlismy, no dobra ja weszlam, bo futro zostalo wniesione, to zwierz zostal gruntownie przebadany jak nigdy wczesniej. Byla inspekcja paszczy i zebow, zostaly obejrzane oczy i uszy, zostal obmacany i osluchany (akurat osluchiwany jest zawsze dosc dlugo, a to z racj astmy), a nawet kopnal go watpliwy zaszczyt mierzenia temperatury i to ostatnie najmniej mu sie podobalo …

Badanie wypadlo pozytywnie. I oczywiscie jak zwykle, kocur zostal wychwalony pod niebiosa, ze taki spokojny, taki super, itp, itd … Nosz kurna zamiast go tak wychwalac, to lepiej jakiegos bonusa finansowego by dali, bo on faktycznie jest wzorowym pacjentem, to by sie nalezalo.

Nastepnie wzorowy pacjent zostal zapakowany do kontenerka i wyniesiony na zaplecze, w celu pobrania materialu do badania. Pod koniec wizyty dowiedzialam sie, ze cala ta impreza bedzie mnie kosztowac prawie dwie stowy. Niestety na moim koncie panuje ostatnio posucha, wiec wzielam kase od ‘A’, ale okazalo sie, ze mam za malo. W recepcji powiedzialam pani, ze ide do domu , bo mam za malo pieniedzy i zaraz wroce. Kiedy wrocilam z kasa, Rufus juz czekal za kontuarem recepcji. Zaplacilam, buteleczke z tabletkami schowalam do torebki, porwalam “slodki ciezar” i z duzo lzejszym portfelem ewakuowalam sie do domu.

 

Upal nadal panuje niemozliwy, myslenie sie wylacza i ciagle sil brakuje, wiec jak tylko zeszlam z ulicy na osiedlowa droge, to wypuscilam kocura na wolnosc. Kot ma cztery lapy i moze chodzic, to do domu moze sam zajsc, a ja nie musze sie meczyc.

I tu taka mala dygresja: nie polecam nikomu aby tak  robil, bo koty sa rozne i wiekszosc po wizycie u weterynarza jest w stresie i nigdy nie wiadomo jak moga sie zachowac. Taki kot moze pobiec przed siebie na oslep i nieszczescie gotowe, moze wpasc pod samochod, albo sie zgubic, albo nie wiadomo co jeszcze …  

Moj Rufus to jest taki troche Kubus Puchatek i on jak juz wyjdziemy z lecznicy to wie, ze idziemy do domu i juz ma luz psychiczny i idzie sobie lapa za lapa, lapa za lapa czlapiac grzecznie za mna, az do samego domku.

 

A kiedy znalezlismy sie juz oboje w domu, to kot jak zwykle zazadal jedzenia, a potem poszedl sobie na patio.

 

A potem poznym wieczorem, takim bardzo poznym, kiedy juz mielismy sie klasc spac i oda kocory byly juz domu, to Rufus wlazl do kwety, a to co w niej zostawil bylo bardzo niezdrowe ...

W czwartek rano jak zobaczylam salon to zwatpilam w zycie i w partie i nie wiem co jeszcze. Czegos takiego w wykonaniu Rufusa, jeszcze nigdy nie widzialam, jemu zdaza sie miec srake, ale to byl poprostu koszmar jakis. Jak juz wyczyscilam kuwety i wysprzatlam wszystko to co bylo paza nimi, to bylo mi bardzo nie teges, no nie jestem obrzydliwa, nie naciaga mnie kiedy musze rzygi czy srake po kocie uprzatnac, ale to prawie przeszlo granice mojej wytrzymalosci …

 

Jeszcze zanim poszlam spac w srode, zaparzylam kotu ziolka (nie, nie napisze jakie, bo ludzie czesto nie czytaja ze zrozumieniem, a potem robia cos nie tak i maja pretensje i zale …), szkoda tylko, ze z racji tego, ze musialy naciagnac i wystygnac, nie moglam mu ich podac od razu. W piatek zanim wyszlam do pracy zarzadzilam areszt domowy i glodowke, a wykonawca wyroku zostala Mira. W sobote kot juz troche jadl, ale malutkie porcyjki i caly czas jezcze dostawal ziolka i wypuscilam go tez na zewnatrz, bo nie mialam serca w ten upal trzymac go w domu. W niedziele rano jak zwykle wyszedl na pole, a jak wrocil to juz go nie wypuscilam, bo my jechalismy nad morze. Dzisiaj kot je, chociaz mniej i caly czas jeszcze daje mu ziolka.

 

Ewidentnie zezarl cos na polu, podejrzewam, ze jakies syfskie chrupki, a wskazywal na to paw niestrawionych kulek, sraczkowatego koloru. Od ostatniej choroby Rufusa w moim domu nie ma zadnych chrupek, tak ze w domu nie mial szans na takie “rarytasy”.

 

I tak jak nie urok, to sraczaka z tym kotem, skarbonka jedna ...

No wypadalo by normalnie gada uwiazac za lape i do palika przybic jak koze, czy jakos tak ….

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42