RSS
sobota, 26 listopada 2016
SOBOTNIE POGADUSZKI

Jak zwykle w sobote odwiedzila mnie moja stara znajoma. Przyszla z mloteczkami, kilofkami, tudziez z kafarem i zestawem perkusji. Perkusje rozlozyla na samym srodku w mojej glowie, mloteczki i kilofki rozdala malym, zlosliwym krasnoludkom i porozstawiala je wzduz kregow mojego karku, lupaly i stukaly, ze az milo … Z kafarem latala sama po calym wnetrzu mojej glowy, walac radosnie to tu, to tam … Przyszla wczesnym rankiem, jeszcze zanim zadzwonil budzik przed szusta i bezlitosnie wyrwala mnie ze snu, wywazajac taranem drzwi w mojej glowie. Kiedy budzik zadzwonil zwloklam sie z wyra, zeszlam na dol i wypuscilam chlopakow na pole. Polknelam ibuprom, dajac jej w ten sposob do zrozumienia, ze nie chce mi sie z nia gadac, nie zrozumiala aluzji. Zazwyczaj pije napar z imbiru, ktory skutecznie ratuje mnie w takich sytuacjach, ale niestety nie mialam zaparzonego, bo skonczyl mi sie zapas swierzego korzenia w lodowce. Wlozylam chleb do piekarnika zeby sie upiekl i powloklam sie z powrotem na gore, wlaczylam taimer i walnelam sie do wyra. Perkusja i kafar, do wtoru z pracowitymi, zlosliwymi krasnoludkami nie daly mi zasnac. Po godzinie i 20 minutach rozdzwonil sie timer dajac znac, ze chleb juz gotowy.

Zeszlam na dol, wpuscilam futrzaki i napelnilam im miseczki. Minio jak zwykle obwiescil mi wbiegajac do domu: “juz wrocilem, juz jestem widzisz mnie, daj jesc, jestem glodny”. Wylaczylam piekarnik, wyciagnelam chleb z foremki i polozylam na desce zeby ostygl. Po czym padlam na fotel w salonie. Po chwili przybiegl Minio i nie pytajac czy moze, uwalil sie na moich kolanach, wlaczajac od razu mruczando, ze fajnie ze jestem, ze fajnie ze dalam sniadanko, ze fajnie ze moze lezec na moich kolanach … Super, lubie tak i on tez, potwierdzil to wkladajac mi glowe pod pache. A w glowie szalona perkusja wybijala jakies straszne, piekielne techno, krasnoludki zgaly i stukaly niemilosiernie po kregach szyjnych, a kafar nap… w skroniach … To nie byly pogaduszki, to byl jakis koszmarny monolog ...

Zaczelo mi sie robic niedobrze, oj nie dobrze, ja nie moge byc glodna jak ta perkusja i kafar i te harce w mojej glowie. Wlaczylam laptopa i poszlam do kuchni zrobic sobie trzy kromeczki chleba z maslem. Uwielbiam taki swiezy, jeszcze lekko cieply z mnaslem i gdzies mam, ze to  niezdrowo, bo cieply, a to maslo to cholesterol, a z tym cholesterolem to bzdura. Nastawilam sobie kawe w imbryczku. Wracajac na fotel musialam pogadac z kotem, no bo wiesz dzisiaj jest sobota i dzisiaj ja tu siedze, na co on jak zwykle z przekora: “a dlaczego ty musisz, jak ja tu juz spie”. No pogadalim, przenioslam kotecka na podnozek i basta. Jak poszlam po kawe, to znowu pogadalismy o tym, dlaczego ja musze … jak on tam juz spi.

Zajrzalam na fejsa, napisalam corce komentarz pod filmikiem o Kasi smiechotkach – gilgotkach. Zajrzalam na kilka blogow, ale czytanie nie bardzo mi szlo … Ostatecznie wlaczylam sobie horror “Cos za mna chodzi”, w trakcie ktorego nawet udalo mi sie cos podziergac. A kiedy poszlam zrobic sobie herbate, podagalam z Rufusem ktory akurat zlazl na dol i jak to on, chcial COS. Zapytalam: “I co chcesz kotku? Chcesz to, czy tamto …?” Kotek siedzial chwile na srodku kuchni i myslal, jak to on. Sypnelam mu troszke chrupek na miseczke, o dziwio zjadl wszystkie, a potem podszedl pod drzwi i bez zastanawiania wyszedl gdy je otworzylam.

Potem kiedy bylam juz po kapieli i po zupie i nastawilam sobie druga kawe, czekajac az sie zrobi, pogadalam z kwiatkiem. A kwiatek mam ladny i bardzo go lubie. Rozmawialismy telepatycznie, wychwalilam go, ze taki piekny i tak cudnie mi kwitnie i ze na tych dwoch badylkach moge podziwiac az 10 cudownych kwiatkow. A tak przy okazji sesji fotograficznej na ktora sie zalapal, w trakcie odwracnia doniczki w te i wewte odkrylam, ze z pomiedzy lisci niesmialo wychodzi trzeci ped kwiatowy. Kupilam go sobie rok temu w pazdzierniku, kwiaty ktore wtedy mial od razu opadly i caly rok czekalam zeby zakwitl. Juz w wakacje przemawialam do niego czule i prosilam zeby nareszcie zakwitl i koncem wrzesnia bingo, juz mial paki kwiatowe na pierwszym pedzie. A teraz kwitnie na calego, juz od drugiej polowy pazdzeirnika i cieszy mnie swoimi kwiatami.


Storczyk - Odontoglossum


 


Nowy ped kwiatowy

A kiedy pilam druga kawe, pisalam SMS-a do Lucyny o tym, ze moja stara niezawodna znajomoma zbiera sie juz powoli do odejscia i pakuje swoje zabawki … Jednak nie do konca sie wyniosla, bo zapomniala chyba jakiegos bebna i zostawila mi te swoje zlosliwe i pracowite krasnoludki … ale o tym bolesnie upewnilam sie troche pozniej. Zapewnila mnie jak zwykle, ze jeszcze przyjdzie, bo ma mi jeszce tyle do powiedzenia a bardzo dobrze sie jej ze mna rozmawia ...

I pomimo tego, ze pogoda byla ladna i sloneczna, to na pogaduszki z wiewiorkami sie nie zmobilizowalam i pozostalam w swoim fotelu.

A na koniec, kiedy juz za oknem robilo sie ciemno, znowu pogadalam z kotem, ktory po przespaniu prawie calego dnia zszedl na dol i przyszedl do mnie.


Usiadl  sobie, tam gdzie zazwyczaj lezy laptop, ktory akurat byl na moich kolanach  i calym soba powiedzial mi: “no ja juz nie spie, ale jeszcze nie wiem co chce, bo jeszcze tak nie calkiem sie obudzilem, to sobie tu chwile posiedze … bo wiesz ze ...“

wtorek, 22 listopada 2016
Mieszkanie z ironia w tle

Ostatnia wymiana SMS-ow z przyjaciolka, natchnela mnie do przemyslenia i jako takiego poukladania sobie w glowie pewnych spraw. Nie wiem, ale moze jak to zrobie to pomoze mi to, wygrzebac sie z tego emocjonalnego dolka w jaki ostatino wpadlam.

Pisalysmy o moim gadaniu, o wolontariacie i robieniu czegos innego, oraz o moim mieszkaniu (musze sie nareszcie przyzwyczaic do tego, ze ono jest moje).

To tak jak w tytule stoi, zaczne od tego ostatniego:

Fragmenty naszych SMS-ow:

Lucna - … nawet sie poryczalam jak pomyslalam, ze kiedys przyjdzie mi sie z tad wyprowadzic. Znam sie tu z ludzmi, dobrze mi sie tu mieszka, dobra aura w mieszkaniu co nawet zauwazyla kolezanka z pracy, a byla u mnie 5min …

Ja - z tym mieszkaniem to taka ironia losu, jak nie mialam gdzie mieszkac to mama mnie zwodzila, jednego dnia dajac mi dzialke a drugiego odbierajac, a teraz mam mieszkanie i mam klopot, sprzedac nie warto a trzymac to koszty … a ja musze placic wysoki czynsz tutaj…

 Moja mama w 2006 roku wykupila swoje mieszkanie na wlasnosc i od razu przepisala je na mnie. Mieszkanie jest niewielkie, 36m kw, na osiedlu na ktorym mieszkalam przez 31 lat. Mama dostala go za opieke nad starsza osoba.

Tu taka mala dygresja: Wykupila je za pieniadze ze sprzedazy tej cholernej dzialki, ktora to cale lata mnie szntazowala, abym wziela slub koscielny. Nie dalam sie, bo po pierwsze czulam, ze nawet jak sie ugne to i tak nic z tego nie bedzie. A po drugie uwazalam, ze to bylo by poprostu nie uczciwie w stosunku do samej siebie. Niestety slub koscielny nie byl jedyna kwestia spornya miedzy mna i mama, bo druga bylo to, ze nie chodzilam do kosciola. A do kosciola przestalam chodzic jak mialam lat, chyba jakos 12-nascie i nie robie tego do dzisiaj. A dla mojej mamy kosciol i wszystko co z nim zwiazane, bylo najwyzsza wartoscia, wiec sam slub to byl by tylko poczatek. Koniec dygresji.

Wychodzi z tego, ze od 10 lat jestem wlascicelka mieszkania, ale jakos nigdy sie tak nie czylam. Pierwsze odwiedzalam mame przyjezdzajac do Bielska z Warszawy, a potem juz z Londynu. Mama kilka razy zadala mi pytanie: “co zrobisz z tym mieszkaniem jak ja umre?” Zawsze zgodnie z prawda odpowiadalam , ze nie wiem i wcale nie spieszy mi sie do jej smierci. Od kilku lat, ale jeszcze przed choroba, mama zaczela mowic i powtarzac, zebym nie sprzedawala mieszkania kiedy ona umrze. Ciagle powtarzala mi ze: “nie wiadomo jak bedzie, a tak masz mieszkanie i zawsze mozesz tu wrocic”.

A potem mama zmarla. Juz po pogrzebie, bedac sama w miszkaniu i pozadkujac rzeczy po niej, nie raz zastanawialam sie: “i co teraz?”

Jeszcze zanim pojechalam na pogrzeb, rozmawialam z A. i doszlismy do wniosku, ze najlepiej bedzie go sprzedac, mielibysmy troche kasy na wklad wlasny i moglibysmy wziac mortgage (pozyczke na mieszkanie). Niestety okazalo sie, ze akurat to nie jest dobry moment. Znajomy powiedzil mi, ze w Bielsku wybudowano sporo mieszkan i staly one puste, wiec ceny mocno spadly. Tak wiec pomysl ze sprzedaza upadl. Przed wyjazdem  z pomoca brata zaplacilam czynsz, przez internet, zeby nie tracic czasu na bieganie. Ustalilismy tez, ze on bedzie mnie informowal o oplatach, bedzie odbieral poczte i placil rachunki, a ja bede mu wysylac na to kase.

A potem dostalam SMS-a od Lucyny z zapytaniem: “czy moglabym zamieszkac u Ciebie, bo ciotka wymowila mi mieszkanie?” Moj A. kiedy przeczytalam mu ta wiadomosc powiedzial, ze od razu myslal o Lucynie. Hummm, ja tez o niej myslalam, ale jak ja wyjezdzalam to jej relacje z ciotka jeszcze byly jako takie, jako takie, bo one nigdy nie byly normalne i poprawne. A potem nagle kazala sie jej wyprowadzic, doslownie z dnia na dzien. Obie myslimy, ze kuzyneczka - kociareczka, maczala w tym palce, a ciotunia tez zagorzala wyznawczyni Jehowy posluchala coruni. I tym sposobem Lucyna zamieszkala u mnie, za czynsz, ja z przyjaciol w biedzie nie zdzieram.

A teraz sie jej odmienilo na lepsze i oby tak dalej i jeszcze lepiej, nalezy sie jej po tym wszystkim co w zyciu przeszla, a nie bylo ono uslane rozami. Tylko, ze teraz ja nie wiem jak dlugo jeszcze pomieszka u mnie, a jak sie wyprowadzi, to bede musiala placic czynsz i inne takie …

I to jest ta ironia losu, o ktorej pisalam Lucynie w SMS-sie. Cale zycie albo sie gniotlam z ojcem, znoszac jego choleryczna nature i pijanstwo brata, albo mieszkalam u kogos i placilam wysoki czynsz, zreszta nadal place komus i to nie malo. A teraz nie wiem co mam zrobic … bo sprzedac nie warto, a trzymac to koszt … I wcale nie jest tak jak mama sobie wymyslila, ze zawsze bede miala gdzie wrocic. Bo do czego ja mam wracac? Zeby wrocic trzeba miec za co zyc, a ani A. ani ja nie dostaniemy w kraju emerytury. Samo mieszkanie to nie wszystko … A ja nadal nie wiem co mam z tym fantem zrobic. 

A tak na marginesie mieszkanie ma naprawde dobra aure, gdy sie tam wchodzi od razu czuje sie taki spokoj i chce sie tam byc ... I co ja mam do cholery z tym fantem zrobic? Nadal  ie wiem ...

środa, 02 listopada 2016
Jesien z mojego okna i nie tylko ...

Postanowilam odciac sie od sprawy spedzajacej mi sen z oczu, na ile sie da. Niestety nie da sie odciac od tego jednym pociagnieciem noza i zapomniec, niestety ... Nie bedzie to latwe, ale postaram sie odsunac to na bok i przejsc niejako ponad tym do porzadku dziennego. Nie moge sie ciagle tym zadreczac, bo i tak wielkiego wplywu na to nie mam, a to co moglam zrobic nie odnioslo spodziewanego efektu, a wrecz przeciwnie, jest jeszcze gorzej. Wiec zostawiam to, odsuwam na bok, chociaz serce boli ...

Jedny z pierwszych krokow jest powrot do mojego miasta lisow, a jest o czym pisac ....

A za oknem i nie tylko, juz od jakiegos czasu jest jesien, chyba juz nawet pozna jesien, ale tutaj ona nie wyglada tak jak w Polsce, jest inna ...


Jesien z mojego okna, tego nowego ktorego nie lubie i nie polubie, wyglada wlasnie tak. A dokladnie, to jesien z ostatniego dnia pazdziernika. Jeszcze lezaly liscie na chodniku, bo bylo dosc wczesnie i niesmialo przeswiecalo slonko przez chmury. Potem, po poludniu przyszedl facet z warczaca dmuchawa i pozamiatal chodniki.


Nasz trawnik, ktory po dlugim czasie odzyskalismy i juz nawet zdazyla wyrosnac na nim nowa trawa, chociaz jeszcze miejscami tak nie do konca.


Teraz moge zrobic zdjecie tylko wychylac sie w prawa strone, w lewo niestey sie nie da, bo durne okno otwiera sie na zewnatrz.


Liscie jeszcze nie do konca pozolkly, jeszcze niektore drzewa sa calkiem zielone. Z mojego okna tak bardzo tego nie widac, ale w parku tych zielonych jest calkiem duzo, jak na ta pore roku.


Trawnik, po lewej stronie mojego patio, nie, nie sciemniam, ze nie da sie w ta strone wychylic, ja poprostu wystawilam lapy z telefonem za okno. I roza, jesienna, niesmiala, moze ostatania ... 


Poranki sa chlodne, a nawet mocno chlodne, Minio wie to najlepiej. Wrocil chlopak z porannego spaceru i dupke poszedl sobie zagrzac w cieplym kaciku. Tam za biurkiem jest naprawde ciplutko.


A to juz dzisiajszy ranek. Wstalam troche pozniej niz zazwyczaj i przywitako mnie slonko. Uwielbiam te 'moje lipy', uwielbiam na nie patrzec i wiosna i jesienia i zima i latem ... Kocham drzewa.


Zaslonka mi sie wykrusza, ale teraz juz nie jest potrzebna, slonko pozno wstaje, wiec nie razi w oczy. Tylko wiosna, zanim lipy pokryja sie gestym listowiem, slonko daje rankami popalic, wwiercajac sie pod jeszcze zamkniete powieki i razac jaskrawym swiatlem.


Patrzy w lusterko, czy nie? Oto jest pytanie ... On tak czasem robi, ze patrzy w lustro, na dole przy drzwiach wyjsciowych, na moje odbicie, gdy stoje na schodach. 


A kiedy wracalam ze sklepu, zlapalam na goracym uczynku, siedzial na blacie kuchennym ... Zdazylam pstryknac tylko dwa zdjecia, zanim zwial. Wystraszyl sie, nie poznal mnie, w polarku i czapce.


Moj storczyk, moje 'cudo' tez juz przekwita, ma swoja prywatna jesien, zreszta za kazdym razem jak kwiaty juz wiedna. Wiem nie wyglada zbyt okazale, ale to dlatego, ze jest z odzysku. I moze nie wyglada okazale, ale to niesamowita roslina, bo bez korzeni i praktycznie bez lisci kwitl jak szalony, a nawet ma dwoje dzieci. Ale o tym innym razem.


wtorek, 27 września 2016
:-)

Niedawno pojawil sie maly czlowieczek w naszej rodzinie

Nasza wnuczka Kasia skonczyla dzisiaj miesiac, a jej starsza siostra ma dzisiaj 16 urodziny.

piątek, 05 sierpnia 2016
>> >>

Jestam zmeczona tymi wakacjami. To nie jest dobre lato dla mnie, zdecydowanie nie. Chciala bym robic zupelnie inne rzeczy, niestety jast tak, jak jest …

Jestem rozzalona, zrezygnowana i nie wiem co jeszcze … , a przede wszystkim czuje ogromna bezsilnosc i ta bezsilnosc jest najgorsza.

Jak zatrzymac kogos w danym miejscu, kogos kto chcialby byc w zupelnie innym miejscu, z zupelnie innymi ludzmi i robic cos zupelnie innego, nie koniecznie dobrego, odpowiedniego dla niego samego …

To nie jest dobre lato, zdecydowanie NIE

czwartek, 07 lipca 2016
POWITANIE

W czwartek, tydzien temu wrocilam na Cedars i przywiozlam sobie wnuczke. Do domu dotarlysmy o wczesnej rannej, tak okolo 3-ciej. Gdy zamknelam za soba drzwi, na szczycie schodow pojawil sie szary cien, oznaczony biala plamka sliniaczka. Po chwilowym zatrzymaniu sie tam, dla przetworzenia informacji, oraz upewnienia sie, ze to jest naprawde TO, zbiegl noga za noga, nie dalo sie inaczej prezac sie, wijac i kulac jednoczesnie. W polowie wysokosci schodow wydal z siebie kwiko - mialk radosci, pierwszy raz slyszlam od niego taki dziwiek, a game dzwiekow ktore wydaje ma naprawde ogromna. Popiskujac wlozyl glowe pod moja wyciagnieta dlon i wlaszal sie w nia namietnie. Do tej pierwszej dolaczylam druga i glaskalam go chwile na dwie rece. A on wil sie i kulil pod moimi dlonmi.

Nie mialam czasu na pieszczoty i zyt dlugie wylewne powitanie, bylysmy okrutnie zmeczone i obie marzylysmy tylko o tym aby walnac sie do lozek. Tak jak prosilam, slubny rozlozyl goscinna kanape. Poszlam tlko na gore i przynioslam Mirze posciel, kiedy wychodzilam z naszej sypialni zamknelam w niej wijacego sie z radosci Minka. Popiskiwal tam w oczekiwaniu na mnie, siedzac na drapaku.

Kiedy juz polozylam sie do lozka, wskoczyl tam za mna i jak zwykle stanal za moja glowa i pisnal proszac o uniesienie kolderki. Wlazl pod nia i wtulil sie w moj bok, rozciagajac sie na cala swoja dlugosc.

W piatkowy poranek jeszcze chodzil za mna, popiskiwal, cieszac sie calym soba, ze nareszcie jestem. A dziadek powiedzial wnuczce, ze jak mnie nie bylo to Mino byl smutny.

A Rufus to zupelnie inna bajka. Pewnie spal gdzies, pewnie gdzies w salonie, moze pod rozlozona kanapa … kto go tam wie. W piatek rano wypuscilam go na pole, dalam mu snaidanko jak zwykle. Wpuscilam, wypuscilam itp … A potem jak zwykle w piatek o 13 –stej poszlam do pracy, zostawiajac wnuczke i futrzaki same w domu. Kiedy wrocilam po pracy, jakos przed 22- ga dom zastalam pusty w sensie, ze ludzi w nim nie bylo. Minka wypuscilam na pole. A Rufus okrecil sie pod drzwiami liczac na to, ze i przed nim sie otworza, ale o tej porze to jego juz nie wypuszczam, bo potem bym sie go nie dowolala.  A skoro drzwi pozostaly zamkniete, to on poszedl sobie gdzies, polozyc sie. Ja zrobilam sobie cos goracego do picia i wlaczylam laptopa. A kiedy postanowilam isc spac, jak zwykle nasypalam Rufusowi chrupki do kubeczka i chcialam go razem z nimi zamknac w salonie, ale on zwial mi na gore i wlazl pod biurko, za krecone krzeslo. Pobieglam za nim, wydobylam go z kryjowki i nagle Fifi sie obudzil, nagle go olsnilo, ze pancia juz jest. No zesz, ma on zaskok, z wiekiem coraz bardziej flegmatyczny. Zagonilam go do salonu i chcialam wyjsc, a on krecac sie mi pod nogami calym soba mowil, ale fajnie, ze juz jestes, ale dlaczemu teraz chcesz mnie tu zamknac jak ja chce sie z Toba przywitac. I to jest caly Rufus, w calej swojej okazalosci bardzo malego ruzumku. Nasz Kubus Puchatek i glupek wioskowy.  

poniedziałek, 20 czerwca 2016
Nie miala baba klopotu kupila se koze

Kozy co rawda nie kupilam, ale zaprosilam do nas brata, razem z dziewczyna i kupilam im bilety. Przylatuja jutro. Beda caly tydzien, chociaz wolala bym zeby ta ich wizyta trwala troche krocej, ale tak wyszlo jak kupowalam bilety, bo jak bym nie kombinowala wychodzilo duzo, duzo drozej. W tym kombinowaniu zreszta nie tylko o cene chodzilo, ale rowniez o to czy oni poradza sobie na lotnisku. O to czy sobie poradza w Pyrzowicach nie mam obaw, bo lotnisko jest male, a w razie W zawsze jest kogo zapytac, ale Stansted to juz inna bajka. Lotnisko Stansted jest male, jak na Londynskie warunki, ale tam jest ze setka bramek, a do jednych sie idzie piechota, a do innych jedzie pociagiem. A moi mili goscie ani me, ani be po Angielsku, oni to nawet “god morning” czy inne “senkju” nie znaja. Kombinowalam pierwsze zeby zalatwic tak jak Kaska (moja siostrzenica), kiedy babcie do siebie, do Norwegi zaprosila. Ona dprowadzila ja az do ostatniej kontroli dokumentow, czyli juz prawie do samolotu, chociaz nie mam pojecia czy tutaj by takie cos przeszlo. No co prawda ona zapewne powolala sie na wiek babki i na to, ze piewszy raz leci samolotem i moze sie zagubic, bo slowa po norwesku nie umie. Ja moglam zrobic podobnie i powolac sie na to, ze moj brat i jego luba maja probley mentalne, jak sie to tytaj ladnie mowi. Musiala bym Krzyska poprosic zeby zadzwonil na lotnisko i pomogl mi to zalatwic, bo on ma bardzo dobry angielski, a ja bym sobie z tak skomplikowana rozmowa nie poradzila. Ostatecznie stanelo na tym, ze skoro i tak bede leciec do Polski koncem czerwca po Mire, to oni przyjada pare dni wczesniej i poprostu ich odwioze. Tym sposobem rozwiazalam jeden problem.

Troche mnie ta wizyta przeraza, ale obiecalam to bratu jeszcze jak zyl ojciec, a obietnic nalezy dotrzymywac. Wczesniej nie bylo to mozliwe z roznych powodow, zreszta nie zaleznych ode mnie. Brat mial mase powaznych problemow, na wlasne zyczenie zreszta, a gdy zaczal juz z nich wychodzic rozchorowala sie mama i jego przyjazd znowu odsunal sie w czasie. Ja szanuje mojego brata, bo to dobry czlowiek jest, ale on moze zameczyc otoczenie swoimi opowiesciami. A jego opowiesci glownie traktuja o pracy i o tym co on tam robi i o jego wspolpracownikach i on tak potrafi w kolko caly dzien, a kiedy sie mu mowi zeby sie zamknal to jakby sie grochem o sciane rzucalo, bo zeby sie zamknal, to trzeba by go chyba zakneblowac. Tym sposobem czeka mnie caly tydzien wysluchiwania, az do urzygu, tego co tam panie dzieju u niego w pracy. Pocieche mam taka, ze w samolocie przynajmniej nie bede musiala juz tego sluchac, bo kupowalam bilety osobno im i sobie, wiec jest szansa, ze bede siedziec gdzie indziej, no chyba zebym  miala wyjatkowego pecha.

Nastepna obawa to zarcie, bo oni bardzo duzo jedza i pochlaniaja ogromne ilosci miecha, a wszystko jest suto omaszczone. No trudno u mnie zarcie w tluszczu nie plywa, za slono tez nie jest. Nagotowalam Ci ja caly gar fasolki po bertonsku i mysle, ze na dwa dni wystarczy. Nasmazylam kotletow, jak dla mnie ogromna ilosc, bo 8 a zazwyczaj robie 4, beda na dwa dni, ja ich nie jadam, wiec to tylko dla gosci i slubnego. Jutro jak dotrzemy do domu odgrzeje po kotlecie i a do nich mam ryz z warzywami, nie wiem czy jadaja taki, ale jak nie to poznaja nowy smak, moze akurat im zasmakuje. A potem to nie wiem, wymysli sie cos na biezaco. Jutro upieke jeszcze drozdzowke. Jakos to bedzie, glodzic gosci nie zamierzam tym bardziej, ze brat zawsze na moj przyjazd, specjalnie dla mnie bigos gotuje, a jego bigos to mistrzostwo swiata i to nie tylko w mojej opini, bo Lucyna twierdzi to samo.

 A teraz cos, czym moj brat rozwalil mnie totalnie. Objasnialam, piszac na fejsie co moze zabrac ze soba, a czego po zadnym pozorem nie. Tlumaczylam jak sie zachowac przy odprawie bagazowej  itp itd . A potem dostalam SMS-a o tresci: “czy ja moge zabrac ze soba laptopa dysk zewnetrzyny i wasny internet”. No szczeka mi opadla, nie podeptalam se jej tylko dlatemu, ze na fotelu siedzialam z nogami na podnozku, wiec daleko nie leciala. Zapytalam sie go, po jaka cholere mu to, a odpowiedz byla taka: “bo ja bede ogladal filmy i sluchal muzyki”. No zesz kurna, chlop pierwszy raz w zyciu uda sie dalej niz do Katowic, pierwszy raz poleci samolotem i przeleci prawie przez cala Europe tylko po to, zeby robic w miejscu w ktorym nigdy nie byl, to samo co w domu. On biedny nie wie tego, ze ja mam zamiar ich przegonic wszedzie tam gdzie sama nie pobladze. Nie po to ich zapraszam zeby mi tu po tej fasolce pierdzieli w domu, fasolki sie napchac i w droge wiatry puszczac. Wiele im  nie pokaze, bo ja to sie ciagle gdzies tu gubie, ale zaprowadze ich wszedzie tam gdzie nie dam rady sie zagubic. I on chcial brac ze soba £200, to po kiego grzyba mu taka kasa, u mnie w chacie ni jak jej wydac no chyba, ze chce ja dac mi, ja chetnie przygarne. Na Oxford Street ich zaprowadze, to se jakies pamiatki kupia. Rano bede zarzadzac robienie kanapek, chleb upieklam to jest z czego a jak sie bedzie konczyl to nowy zrobie, a potem w droge. I tak bede ich przeganiac we wtorek, srode, czwartek i sobote, w piatek nie bo do roboty ide, ale zanim sie tam udam to mam zamiar przespacerowc ich po parku. A w niedziele przed wylotem do Polski, zrobie im instruktazowe zwiedzanie lotniska Stansted, zebym wiecej nie musiala ich odwozic. A filma to se moga obejrzec wieczorem, z mojego internetu, na ktoryms z naszych laptopow, jak jeszcze beda miec sily.

Bedzie ten moj brat mial tu u mnie jeszcze jedna biede, bo u mnie w kuchni na szafce stoja buteleczki, mniej lub wiecej wypelnione roznistymi ankocholami, a ja nie zamierzam mu polewac. Brat moj ma niestety problem z alkocholem, a jak se chalpnie to wtedy nawet zaklebnowanie by nie pomoglo, wiec wole zeby na trzezwo snul swoje opowiesci dziwnej tersci.

Mysle, ze dam rade i przezyje ta wizyte, nadzieja jest w tym, ze jak juz bede w Bielsku to spotkam sie z Lucyna i odreaguje. Postaram sie tez, naprowadzic tego mojego brata na inne tematy.

A zamiast laptopa kazalam mu, zeby zabrali kurtki ktore ochronia ich od deszczu i wiatru, oraz buty ktore nie przemakaja, to sie im zdecydowanie bardziej przyda.

czwartek, 09 czerwca 2016
NIE MANIE NETA, SWIADKOWIE JECHOWY I ZIDIOCIALY TELEFON

8 czerwiec

Wczoraj, gdzies okolo 10-tej, net byl zdechl. Moje proby reanimacji nic nie daly, resetowanie rutera jak i laptopa zakonczyly sie niepowodzeniem i nie moglo byc inaczej. Kiedy slubny wrocil z pracy zastosowal te same kroki co ja wczesniej i dupa. Wyszedl na zewnatrz i po chwili wrocil spieniony, bo nasz kabel zostal poprostu, odciety. Wyszedl jeszcze raz na fajka i wrocil z wiadomoscia, ze pol osiedla nie ma neta. A daczego? No a dlatego, ze jak robili to ocielplenie to podlaczali rowniez telewizje, jaka nie mam pojecia i net wlsnie tyz. Sa w mieszkaniu zamontowane stosowne gnizdka. Potem przyszlo pismo, ktore slubny zignorowal, bo my mamy neta z vergin’a i nasze kable nie ida po elewacji, bo my se na dole mieszkamy. A telewizje to u nas podlaczyli, ot tak z marszu, bez umawiania, poprostu szedl sobie gosciu i zobaczyl mnie w kuchni, zadzwonil, zapytal czy moze teraz to zrobic i podlaczyl.  A potem nic sie nie dzialo przez jakies dwa miesiace, albo i dluzej, az do wczoraj …

No wkurzyl sie chlop, bo jak tu bez neta, ani maila sprawdzic, ani na fejsa zajrzec, ani inne takie. Zdzwonil do vegrin’a i przyjda jutro. A ze chcial nowego haba, nie wiem co zacz nie kumata jestem w te klocki, a klientom juz istniejacym sie nie nalezy, to wyglosil umowe i nowa bedzie na Krzyska. W zwiazku z tym 7 lipca znowu nie bedziemy miec neta, ale teraz to juz na wlasne zyczenie.  A osmego przyjda i podlacza go na nowo, z tym nowym habem i wszystkimi innymi profitami ktore naleza sie nowym klientom.

A co sie robi nie majac neta? No na ten przyklad mozna pisac, jak sie ma wene. Mozna sluchac muzyki, chociaz akurat tu sie wnerwilam, bo kiedys mialam vinamp’a, a teraz mam jekies inne g… i musze kazdy kawalek wlaczac sama … nie wchodza automatycznie. Mozna ogladac filmy i tu tez sie wkurzylam, zadowolona, ze mam wlaczylam sobie ‘Wladce Pierscieni’ i okazalo sie, ze nawet z aparatem na uszach jest dla mnie za cicho, sprobowalam jeszcze dwa inne filmy z tym samym skutkiem i zrezygnowalam z tego.

I w tym momencie, wlasnie dochodzimy do swiadkow jehowy. No nie, nie zaprosilam ich do domu aby mnie nawracali, co to, to nie, ale mam ksiazke o nich. Kiedy jechalam do Londynu, po pogrzebie mamy, Lucyna pozyczyla mi ‘Swiadka’. Ksiazka owa to kawal ciezkiej cegly, nie, nie ze wzgladu na gabaryty, ale ze wzgledu na temat i styl jakim jest napisana. Przez dobre pol roku przegrywala z Kingiem i lezala sobie blisko mnie, zeby byc pod reka. Jakos ze trzy miesiace temu, przeczytalam 60 stron, za jednym posiedzeniem i z prawie calkowicie zlasowanym mozgiem, odlozylam ja zeby se dalej czekala, niestety znowu przegrala z Kingiem. A wczoraj pomyslalam sobie, ze przeciez niedlugo jade do PL, to dobrze bylo by cegle oddac wlascicielce, a ze netu i tak nie mam to przeczytam ile zdolam, a potem w jakis inny dzien reszte. I tym sposobem wczoraj przeczytalam kolejnych 66 stron, wiecej nie dalam rady, trybiki w mozgu zazgrzytaly  niebezpiecznie i odmowily wspolpracy. Zeby wrocic do normy i doprowadzic rozum do stanu uzywalnosci zagrzalam sobie obiad , zrobilam kawe i radykalnie zmienilam temat lektury. Zaczelam czytac Pilipiuka, druga czescOka Jelenia’.

A dzisiaj od rana zlapalam za cegle i … skonczylam, a po zamknieciu ksiazki wyslalam SMS-a do Lucyny:

“Niemanie netu poskutkowalo skonczeniem swiadka dzisiaj uf jak dobrze ze nie chodze do kosciola i nie musze robic tego co nakazuje ksiadz z ambony i ze Dawid trzasnal wtedy drzwiami i nie przyszedl wiecej robic mi wody z mozgu”

U mnie w domu raczej sie o nich nie mowilo. Moja babcia sie tylko z nich smaiala, ze co po chwila zapowiadaja kolejny koniec swiata. Sasiad ponizej, ktory byl kusnierzem i szyl nie tylko kozuchy, ael rowniez plaszcze, oraz hodowal nutrie na kielbase, ktora sam robil, karmil ja tymi rewewlacjami jak szla do niego z interesm. A tak poza tym, to jak czasem dzwonili do naszych drzwi w wiadomym celu, ojciec splawial ich szybko bez dyskusji. A ja sama, czujac intuicyjnie jaks awersje do nich, rowniez splawialm towarzystwo bez zbednych dyskusji i czynie tak do dzisiaj.         

Moja siostra ma do nich awersje, wyniesiona z pracy. Zdazaly sie pacjentki, na ginekologi i porodowce machajace oswiadczeniami o nie zgadzaniu sie w razie “W” na przetaczanie krwi jej czy dziecku i nie podawaniu zadnych preparatow z krwi, czy z nia, utrudnialy tym tylko parace lekarzom i poloznym. Lekarze ogolnie mieli i chyba nadal maja, uczulanie na pacjentki wyznajace Jehowe i zawsze odpowiadali w jeden sposob: ze w domu to one moga sobie robic co chca,  a na oddziale to lekarz decyduje o dzialaniach ktore bedzie podejmowal w razie ewentualnych powiklan i prosili o schowanie tych oswiadczen. Pamietam taki jeden przypadek ktory opowiadala siostra: Przyszla do porodu mloda dziewczyna, rodzila pierwsze dziecko. Niestety zaraz po porodzie okazalo sie ze, dziecko potrzebowalo transfuzji. Kiedy dziecku juz nic nie zagrazalo, matka nie chciala go nawet zobaczyc. Mlodzi zostawili dziecko w szpitalu, zrzekajac sie praw do niego, uzasadniajac swoja decyzje tym, ze po przetoczeniu krwi to juz nie jest ich dziecko … Nic dodac, nic ujac, jak trzeba miec zryty beret.

A Dawid z SMS-a do Lucyny, to jej kuzyn i moj kolega, w trojke chodzilismy do jednej klasy. Tam rodzina byla podzielona przez dziadkow, jedno bylo katolikiem a drugie swiadkiem jehowy. Moja tescowa, jak moje dzieciaki byly male zaczela przyjmowac u siebie siwadkow i oni ja nawracali, biedni nie wiedzieli, ze dla niej sa rozrywka. Jedna z jej “nauczycielek” dala dla moich dzieci biblie i jakies tam inne ksiazeczki, bylo tego troche. Biblia byla pieknie wydana, na kredowym papierze z pieknymi ilustracjami i niczym sie nie roznila od naszej katolickiej, poza jednym szczegolem, ze Jezus zostal powieszony na palu, a nie na krzyzu. “Nauczycielka” tesciowej liczac na nawrocenie niewiernej, na jedynie sluszna wiare, zalatwila jej leczenie zebow u dobrego dentysty za darmoche, byly tez tam inne profity. Tesciowej bardzo to gralo i korzystala jak dlugo mogla i jak dlugo sie jej ta zabawa nie znudzila, a miedzy swymi smiala sie z nich w kulak. I tak jakos troche pozniej, niz do tescowej, zaczal do mnie przychodzic z “dobra nowina”, wlasnie Dawid. Juz na samym poczatku, uczciwie mu powiedzialam, ze ja nie zamierzam zmieniac wiary, ale on stwierdzil, ze jednak bedzie przychodzil dalej. Az podczas ktorejs z kolei, a jak sie okazalo pozniej, ostatniej wizyty, zapytal czy chce mieszkanie. Tak, poprostu rzucil pytaniem: “czy checesz miec wlasne mieszkanie?”, “ bo mieszkasz z ojcem i jest Wam ciasno, a MY mamy takie mozliwosci i mozemy Ci zalatwic mieszkanie wlasnoscowe”. Ozesz kurwa, ale mna zatelepotalo …  Powiedzialam mu wprost co o tym mysle: Po pierwsze to, ze juz mama usilowala mnie przekupic i za chodzenie do kosciola dawala mi dzialke, powiedzialam jej na to, ze czyjejs wiary sie nie kupuje za pieniadze. Po drugie zostalam wychowana w wierze katolickiej i pomimo tego, ze do kosciola nie chodze wiary zmieniac nie zamierzam. Po trzecie, zapytalam go, czy jezeli ja, jednak po jakims czasie stwiardze, ze to nie jest to i bede chciala odejsc, to oni wtedy wyrzuca mnie razem z dziecmi z tego mieszkania? Zerwal sie jak oparzony, poczerwienial na twarzy jak burak, wywrzeszcal do mnie, ze jak tak, to w tej chwili mam mu oddac wszystkie rzeczy ktore od niego dostalam. Z tym akurat nie bylo problemu, bo wszystkie straznice (w ktorych zazwyczaj ogladalam tylko obrazki) lezaly w stosiku na stoliku. Wrzucil je do reklamowki i widzac drugi stosik, z tych ksiazek ktore dostaly moje dzieci w prezencie, nie od niego zreszta, rowniez zazadl ich zwrotu, bez zalu mu je podalam. Wychodzac tak trzasnal drzwiami, ze az szyby w oknach zadzwieczaly. A potem gdy widzial mnie na miescie przechodzil na druga strone ulicy i nigdy wiecej sie do mnie nie odezwal, widac trafilam w sedno. O ja glupia a moglam miec mieszkanie, zreszta dzialke tez …

I ironia losu, mieszkanie teraz mam, a mieszkam w wynajmowanym. Swiadkow nadal omijam z daleka i splawiam bez zbednych dyskusji.

Samej ksiazki nie potrafie opowiedziec, ale polecam kazdemu kto chce sie czegos o swiadkach dowiedziec. Napisana jest przez bylego swiadka.

A tu dwa fragmenty z niej:

“Zbor nie moze sobie pozwolic na publiczne ujawnianie grzechow wyznawcow. Szkaluje to imie Jehowy i moze zniechecic potencjalnych zainteresowanych.

W 2007 roku Lisa Myers I Richard Greenberg z NBS News w Waszyngtonie poinformowali o dziewieciu pozwach przeciwko polityce organizacji swiadkow Jehowy, ktorzy nie zawiadomili wladz o znanych im przypadkach pedofili. Tak bylo w przypadku J. Hendersona, ktory zostal zdjety z funkcju starszego zboru za czyny pedofilskie. Zwierzchnicy organizacji nigdy jednak nie zglosili tej sprawy policji, w zwiazku z czym Henderson molestowal dzieci przez ponad dwie dekady.”

“SwiadkowieJehowy nie chca rozmawiac. Nie po to pukaja do obcych drzwi. Przyszli nawracac. Nie sa zainteresowani innym od wlasnego sposobem myslenia, oni znaja prawde. Teraz, wytrenowanina zebraniach, uzyja wszystkich narzedzi I srodkow, by do prawdy zaprowadzic innych. Zrobia to z usmiechem, zyczliwie, rozumiejac kazdy problem, ktory dreczy czlowieka dopoty, dopoki sie nie ochrzci.”

Kto chce poznac cala ksiazke, to polecam – ‘Swiadek’  Robert Rient.

A telefon z braku netu kompletnie zidiocial, no nie caly telefon a dokladnie to o slownik chodzi. Pisze sobie wczoraj SMS-ka do Lucynki, patrze i oczom nie wierze, bo zamiast “w” w tekscie stoi jak byk “with”, a zamiast “bo” mam “ both” i inne takie potworki. Znowu jak na poczatku musze pilnowac kazdego slowa. Mam nadzieje, ze jutro wraz z netem wroci mu pamiec.

czwartek, 19 maja 2016
Wiadomosc, koszmar i urywanie dupy.

Wtorkowa wiadomosc miala mnie wbic w fotel. Nie wbila. Pewnie nie wbila dlatego, ze taka mysl od jakiegos czasu pojawiala sie w mojej glowie, z regularna czestotliwoscia i nie byla ona przeblyskiem intuicji, a raczej czystej logiki. W sprawie spedzajacej sen z powiek nic sie nie zmienia, chociaz nie, bo zmiana na gorsze to rowniez zmaiana …. W kazdej trudnej sprawie najgorsza jest bezsilnosc, kiedy chcialo by sie pomoc, cos zrobic, a nie ma sie mozliwosci, nie ma sie jak …

Wiadomos ta odchorowalam w nocy. Nie moglam zasnac, dreczyly mnie jakies dreszcze, a potem dostalam jakiejs koszmarnej swedzawki: lewa stopa, prawy cycek, pod lewa lopatka, prawe ucho, pod lewaym kolanem … wilam sie jak ten piskorz i skrobalam … A jak juz w koncu udalo mi sie zasnac, to co chwile sie przebudzalam, krecilam, a koszula postanowila mnie udusic owijajac sie podstepnie wokol mnie. Jak zwykle kiedy noc mam do dupy, okolo 4:30 Miniek stwierdzil, ze jak i tak nie mozna spac spokojnie obok mnie, to on chce na pole. Wstalam, wypuscilam. Rano zamordowalam swoj budzik i wtalam dopiero gdy darl sie ten mezowski.

Dzisiaj w nocy za to dreczyl mnie jakis szary, bardzo ponury koszmar:

Bylam w miejscu, gdzie chyba byla wojna. Nie dosc, ze byla noc, to na dodatek owo miejsce bylo szare.Wszystko tam bylo szare. Nie widzialam zadnych roslin. Strasznie ponure i przygnebiajace miejsce. Pierwszej czesci snu nie pamietam dokladnie. Gdzies chodzilam, bladzilam, bylam tam z kims, chyba z dwoma osobami, raczej starszymi. Chodzilismy tak jakbysmy szukali drogi, do kogos … , do czegos … Widzialam jakies domki, jakies gruzowiska, jakies bloki … Bladzilam pomiedzy w tym szarym, meczacym, przytlaczajacym miejscu. Doszlismy gdzies i te osoby ktore byly ze mna, chyba tam zostaly. Nastal poranek, troche sie przejasnilo. Rozpaczliwie usilowalam sie wydostac z tego okropnego miejsca. Doszlam gdzies, gdzies gdzie z pomiedzy wszech ogarniajacej szarosci, przebijaly sie niesmailo  jakies  blade kolory. Znalazlam jakis przystanek, na ktorym stal ciemno niebieski autobus, z duzym napisem na boku. Wsiadlam do niego, chociaz nie wiedzialam jeszcze gdzie jedzie, ale wiedzialam, ze jest to jedyna szansa abym sie wydostala z tego koszmarnego miejsca. Wnetrze autobusu bylo dziwne, zignorowalam to, bylam sklonna nim jechac nawet gdybym musiala siedziec albo lezec na podlodze. W srodku nie bylo siedzen, byly tylko z tylu, a wlasciwie z dwoch tylow, bo kierowca swoje stanowisko mial na srodku pojazdu. Zapytalam go o cene przejazdu i wystraszylam sie, ze moze mnie nie zbrac, bo mialam za malo pieniedzy. Zaczelam z nim pertraktowac, po pierwsze czy moge mu zaplacic w walucie ktora dysponuje, moglam i czy bede mogla mu doplacic po dotarciu do celu, bo przy sobie nie mam wymaganej kwoty a tam pobiore z bankomatu ktorego tutaj nie ma, tez moglam. Siegnelam do portfela i nagle okazalo sie, ze mam dosc pieniedzy a nawet duzo wiecej. Banknoty, nie znanej mi waluty, ktorymi palcilam za przejazd byly w jasno czerwonych odcieniach. Kiedy zalatwialam sprawe z kierowca, popatrzylam na tyl autobusu, siedzialy tam jakies mlode dziweczyny, jedna z nich widzac ze patrze w ich strone zaczepnie rzucila: “i co sie gapisz?”, przenioslam wzrok na okno ignorujac calkowicie ja i jej zaczepke.

Nie lubie jak mi sie snia pieniadze, bo one zawsze snia mi sie na strate .... Mniejsza lub wieksza, ale zawsze na strate.

A rano gdy usiadlam z kawa na swoim fotelu, stwierdzilam brak moich szydelkowych kwiatkow na stole. Polowe tych kwiatkow, znalazlam lezaca w koszyczku z robotka pod stolem, niestety reszta przepadla. Zapowiedzialam Rufusowi, ze jak sie nie znajda to mu dupe urwe, ani troche sie nie przejal, poprostu jak zwykle mnie olal. Szukalam, zagladalam w rozne katy, czolgalam sie po podlodze aby sprawdzic pod kanapa jedna i druga i pod mezowskim narzadziem, ktory wielki jest, ale pod nim tylko smieci i kurz. Padlam na kolana i pod stol wlazlam, ale i tam nie bylo. Zerkalam w jakies mezowskie pudelka stojace po katach i nic. No poprostu wychodzi na to, ze zezarl szkodnik jeden, no bo w kuwecie chyba nie zakopal, a moze jednak bo jeszcze jej po nocy nie wyczyscilam.

No cholera malo tego wszystkiego, to jeszcze gupi futrzak w szkode mi wlazl, gupi az po plecach i tyle.

piątek, 13 maja 2016
Koty mojego zycia - Popiolek

Tak po prawdzie Popiolek nie byl moj, on byl kotem mojej babci, ale byl wazna czescia mojego dziecinstwa.

Nie pamietam kiedy zamieszkal u babci, ale napewno nastapilo to przed tym jak dostalam ‘Pierwszego’. Nie pamietam go tez jako kociaka, w moich wspomnieniach, zawsze jest on juz doroslym kotem.

Popiolek, byl popielaty, pregowany i mial zielone oczy. Lowny to on raczej nie byl, myszy potrafily grasowac po izbie, a on spal na krzesle zwiniety w klebek, nie raz bylismy swiadkami takich scenek rodzajowych. Ciotka Tereska, czesto dokuczla mojej babce smiejac sie, ze darmozjada trzyma i jeszcze go karmi. Czy Popiolek wogole cos lapal tego nie wiedzial nikt i pozostalo to jego slodaka tajemnica. Za dnia kocisko najczesciej mozna bylo zobaczyc spiace na krzesle, ktore stalo pomiedzy stolem a kredensem, bo z tamtad zganial go tylko dziadek kiedy przychodzil do babci.

Dziadek nie mieszkal juz wtedy z babcia, pewnego pieknego dnia zabral jakis swoje rzeczy i poszedl mieszkac do sasiadki z za potoka. Mial tam swoja izdebke w ktorej spal. Pomagal tez tam w gospodarstwie, ale codziennie przychodzil do babci i jak byla potrzebna pomoc to zawsze byl. Ale nie o dziadku mialo byc, tylko o kocie.

Popiolkowi nie wolno bylo spac na otomanie i raczej go tam nie widywalam, ale jak sie mu to zdazylo to zawsze byl zganiany przy akompaniamencie krzyku: “a poszedl mi z tad!” i niebezpiecznie poruszjacej sie sciery ktora babcia dzierzyla w dloni. Tej sciery bal sie jak ognia, chociaz nie przypominam sobie aby nia kiedykolwiek oberwal, ona raczej miala dzialac jako straszny straszak i tak byla przez kota odbierana. Nie wolno mu tez bylo wlazic pod lozko, bo cizko bylo go z tamtad wykurzyc, a on zawsze wlazil tam w bardzo niecnym celu. Babka brala wtedy w rece miotle, wkladala jej koniec jak najglebiej sie dalo pod lozko, tlukac tam w co popadlo, a bylo w co bo byl tam skaldzik roznych rzeczy bardziej i mniej potrzebnych. Rumor i halas wytwarzany przez drugi koniec miotly, wspomagany wrzaskami mojej babki,  skutecznie wykurzal futrzaka nie tylko z pod lozka, ale i z izby. Uciekal az sie za nim kurzylo gdzie pieprz rosnie, czyli najczesciej na strych, pieprzu tam co prawda uraczc nie bylo mozna, ale tam byla kocia ostoja i azyl. Kiedy wszyscy wychodili Popiolek rowniez byl eksmitowany na zewnatrz, podobnie jak wtedy gdy szlismy spac, ale on mial do dyspozycji swoj strych, na ktorym zawsze bylo siano. Pamietam jak nie raz rano, przychodzil na poranna miske mleka, caly tym sianem pachnacy.

Babka dbala o niego jak potrafila najlepiej, zawsze dostawal swoja przydzialowa miske mleka, a kiedy my jedlismy snadanie to on mial miske mleka z pokruszonym chlebem, potem dostawal zawsze jakies resztki z obiadu tak, ze nigdy glodny nie chodzil. A kiedy babka przygotowywala na obiad jakis kawalek miesa, czy mielone i obkrawala chrzastki, jakies zbyt tluste kawalki, zawsze wtedy wolala glosno i przeciagle : “kuccc, kuccc, kuuuccc …” I nagle nie wiadomo z kad pedzac jak strzala i nie wyrabiajac na zakretach pojawial sie Popiolek. Skorki z kielbasy, czy inne tego rodzaju odpadki tez byly jego.

Nie wono tez bylo robic kotu krzywdy, przekonalam sie kiedys o tym dosc bolesnie, a dodtkowo i strachu nie malego sie najadlam, a bylo to tak:

Popiolek byl niesamowicie cierpliwym futrzakiem i z racji tego czesto sluzyl mi za dodatkowego miska. Nie mialam tam lalki, tylko wlasnie miska, kolyske i kilka ubranek uszytych wlsanorecznie przez babcie. Ukladalam kocisko do spania, okrywalam jakas szmatka zastepujaca mi kolderke, przekladalam go z boku na bok, a nawet kladlam na plasko na plecech, a on wszystko znosil ze stoickim spokojem, pozwalajac wyczyniac ze soba cuda i dziwy. Jednego razu ubralam go w misiowa sukienke i czapeczke, ktora dokladnie zawiazalam mu pod szyja. Popiolek lezal jak ten mis i pozwolil na wlozenie lapek w rekawki sukienki i na zawiazanie czapeczki. Potem ulozylam go wygodnie w kolysce, to wygodnie bylo chyba nie tylko w moim mniemaniu, bo nie protestowal w zaden sposob, a moze poprostu lubil udawac misia. Ogolnie zachowywal sie jak ta szmaciana lalka. Wszystko bylo by dobrze gdybym nie wpadla na pomysl pobujania go w kolysce, bo okazalo sie, ze tego nie trawi i wyprysnal mi z niej jak piorun, a w przelocie zachaczyl pazurem o moj policzek i mignal babce przed oczyma misiowa sukienka i tyle go widzielismy. Geba mnie zapiekla, a w tym samym momencie babka siegnela pod stol wyciagajac mnie z pod niego twarda reka i krzyczac: “cos ty kotu zrobila! Po co zalozylas na niego te lachy!” I pzylozyla mi kilka szybkich, acz mocnych klapsow na dupsko, polecajac: “a teraz lec za nim szybko i zedrzyj z niego te lachy, bo od tej copki mi sie jeszcze kocisko ludusi”. Oczami wyobrazni juz widzialam zaduszonego zwierzaka ta misiowa czapeczka. Pobieglam na strych, bo jak trwoga kota po pietach gonila to zawsze tam zmykal. Taa, zeby to bylo takie latwe przywolac kocisko, ktore pierwsze od bujania a potem od babki wrzasu zwialo. Jakos udalo mi sie go przywolac i uwolnic od zbednego pzryodziewku. Wiecej nie probowalam ubierac zadnych zwierzakow, zostalo mi to do dzisiaj. A sam Popiolek potem jeszcze nie raz zastepowal mi miska, ale juz nigdy nie wkladalam go do kolyski.

Czasem Popiolek dostawal zastrzyki, nie, nie takie tradycyjne, bo robil mu je moj dziadek. Jak juz wspominalam, kiedy dziadek przychodzil, to zawsze siadal na krzesle na ktorym zazwyczaj spalo kocisko. Dziadek czasem go zganial, ala czesciej bral na kolana i glaskal, czochral, drapal pod broada. Mial tez, taka perfidna zabawe, ktora go niezmiernie bawila. Jak juz przez chwile poczochral futrzaka, to odracajac go brzuchem do gory, mowil: “a terz zrobimy kotku zastrzyk” i szczypal go w poduszke lapki. Oj, to bolalo, bo kot oburzony wyrywal sie z jego objec, ale co ciekawe nie uciekal z izby. Dziadek robil zastrzyki prawie wszystkim kotom mojej babci, ale one nie gniewaly sie na niego za to, nigdy zbyt dlugo i zawsze pozwalaly sie brac na kolana, widac lubily go pomimo tych zastrzykow.

Czasem kot znikal i nie bylo go moze dwa, albo trzy dni, wracal potem i zawsze byl witany z radoscia. Dziadek mowil ze: “kot poszedl na KM”. Wtedy nie wiedzialam gdzie i po co kot znikal, ale teraz juz nie jest to dla mnie tajemnica.

Pamietam tez jak mama brala kocisko na kolana i iskala, a bylo z czego, to nie byly czasy frontlinow czy innych advocatow. Babka i ciocia (siostra mamay) z racji slabego wzroku, nie mogly tego robic, wiec robila to moja mama. Popiolek chyba lubil te zabiegi, bo nie protestowal gdy mama obracala go na rozne strony w poszukiwaniu insektow, przymykal oczy i mruczal. Jak tak teraz sobie go przypominam, to on wogole lubil jak sie cokolwiek z nim robilo i zachowywal sie jak przedstawiciel rasy ragdoll, czyli jak ta szmaciana lalka.

Nie raz byl potargany i mial zmierzwione futerko. Bywalo, ze byl brudny, no jak to kocur szlajajacy sie bog wie gdzie za kocicami, mi to jednak w niczym nie przeszkadzalo, brudnego czy nie zawsze moglam glaskac, tlic i traktowac jak miska.

Popiolek mial dobre zycie u babci i pewnie zyl by sobie jeszcze przez dlugie lata, gdyby nie kielbasa plywajaca w zupie, ktora go zgubila. Sasiadka mieszkajaca dom nizej, wystawila na prog, przed domem, do wystygniecia gar z zupa, a w owej zupie plywala sobie kielbacha. Popiolek znalazl sie w zlym czasie, w zlym miejscu, niestety. Na swoja zgube postanowil sobie ta kielbache wylowic i na tym zlapala go sasiadka. Zlapala go tak skutecznie, ze przyplacil to zyciem. Stlukla go kijem … Przyczolgal sie do domu i wczolgal na strych. Babka nosila mu tam potem codziennie mleko. Przez kilka dni mleko z miski znikalo, az ta ostatnia miska zostala nieruszona …  Kiedy babcia mi o tym opowiadala, jej glos byl pelen emocji i zalu, a po policzkach plynely lzy … Na koinec prawie wykrzcza: “jak mozna studzic zupe stawiajac gar na progu i nawet nie zakryc pokrywka i z powodu glupiej kielbasy zatluc kota na smierc”.

Jak dlugo zyl Popiolek? Ne wiem dokladnie, ale liczac, ze byl juz przed moim 'Pierwszym' to napewno 6 a moze nawet 8 lat. Po nim byla kotka, ktora byla niedlugo, a od niej mialam swoja pierwsza Dine. Nie jest to az tak wazne, dla mnie wazne jest to, ze byl czescia mojego dziecinstwa i na zawsze pozostanie w moich wspomnieniach: pachnacy sloncem i kurzem w letnie gorace dni, pachnacy sianem o poranku, biegnacy jak strzala, nie wyrabiajacy na zakrecie i wpadajacy jak bomba do izby na swoje skrawki i chrzastki, przymykajacy swoje zielone oczy pod dotykiem mojej dzieciecej dloni, wyrywajacy sie z rak mojego dziadka po zastrzyku, uciekajacy gdzie pieprz rosnie z pod lozka … itp, itd

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 39